HENRYK: „Dzwonię dla pokrzepienia serc”

Lechomir Domaszewicz:  Gdyby mi nie wpadł w oko tamten stary, "chorobą  nękany dzwon  ...

Uroczystości poświęcenia dzwonu odbyły się 12 maja 2019 roku. Kościół pw. św. Agaty w Wodoktach nie był w stanie pomieścić wszystkich zgromadzonych tłumnie laudańczyków. Zjechało też mnóstwo wiernych z sąsiednich parafii, goście ze Żmudzi, z Polski, duchowieństwo, prasa, telewizja. Wśród nich – główny "winowajca" całego tego wydarzenia – warszawski laudańczyk Lechomir Domaszewicz, autentycznie „z tych" właśnie Domaszewiczów, bohaterów „Potopu" Henryka Sienkiewicza. Przyjechał z rodziną, dziesiątkiem Domaszewiczów.

Laudańczyk, bo tu właśnie się urodził, tu też został ochrzczony w najsłynniejszym dla laudańczyków kościele – w Krakinowie („tam, gdzie – jak mówi – najsłynniejsza, najpiękniejsza, najcudowniejsza Madonna z Dzieciątkiem, czyli obraz słynący cudami").

Z Leszkiem Domaszewiczem znamy się, przyjaźnimy się od czasów moich długich i częstych wędrówek reporterskich po Laudzie śladami bohaterów sienkiewiczowskiego „Potopu". Ileż cudownych perełek udało mi się z tej Laudy wyłowić w postaci zamieszkałych tam fantastycznych ludzi o nazwiskach: Domaszewiczowie, Butrymowie, Gasztowtowie, Billewiczowie…

Na moją pierwszą publikację z „tej Laudy" odezwał się właśnie on – Lechomir Domaszewicz – z Warszawy.

Pokręcone losy… Rodzice Leszka, śp. Medard i Jadwiga Domaszewiczowie, parę lat po wojnie zmuszeni byli swoją ukochaną Laudę opuścić. Nie byli zresztą wyjątkiem. Postępująca sowietyzacja dla takich jak oni, tzw. szlachta herbowa, rokowała zesłaniem na Syberię. W ramach tzw. „repatriacji" wyjechali więc do Polski. Duszą i sercem pozostali jednak na zawsze związani ze swoją Laudą, dla której zawsze gotowi coś dobrego, na chwałę „tej ziemi" zrobić.

Nie pierwszy to (i z pewnością nie ostatni) wypad Leszka na Laudę. W roku 2016, jesienią wziął aktywny udział w nie mniej niż obecna znaczącej imprezie – w umocowaniu na ścianie kościoła w Wodoktach tablicy pamiątkowej ku czci Henryka Sienkiewicza z okazji setnej rocznicy śmierci pisarza. Niespełna pół roku później zadzwonił w sercu mu – jak mówi – „rozpaczliwie ten biedny, chory, stary dzwon przy dzwonnicy kościelnej w Wodoktach".

„To twoja "wina" – uśmiecha się Leszek. W Warszawie wyszła drukiem twoja książka „Szlakiem bohaterów Potopu Henryka Sienkiewicza". Dorwałem się do niej jako jeden z pierwszych. Zajrzałem… Radość nie do opisania: jest duży rozdział o Domaszewiczach, o mnie… Czytam o Wodoktach… I nagle! Wpada mi w oko zdjęcie tego starego dzwonu na dzwonnicy przykościelnej – biedny staruszek, zraniony, jakoś „pozszywany", zlutowany… Pamiętasz powiedziałem: „To okropne! Tam powinien być nowy dzwon! 

Jesień 2018. Wodokty. Stary, „pocerowany” dzwon wyjeżdża do muzeum w Worniach, fot. archiwum/magwil.lt

Skoro mój naddziad zrobił BARTŁOMIEJA, to ja muszę zrobić HENRYKA"

Pamiętam. I pamiętam, jak wtedy powiedziałam: „Ale skąd kościół w tak małych Wodoktach weźmie pieniądze na taki dzwon?". „Ja tę sprawę muszę załatwić" – usłyszałam w odpowiedzi. „Ty – dlaczego ty?" – spytałam. „Bo to już wada dziedziczna – roześmiał się Leszek. – Mój ród mieszkał, żył, trwał na Laudzie ponad 500 lat. Jeden z późniejszych członków tego rodu – Jan Domaszewicz, w XVII wieku, a dokładniej w 1698 roku, wykonał dzwon dla wieży kościoła farnego w Kazimierzu Dolnym w Polsce. Dzwon ten jest zresztą sygnowany herbem Domaszewiczów – "Pobóg". Więc… Gdybym ja teraz sprawą tego nowego dzwonu dla Wodoktów się nie zajął, ten mój naddziad – Jan Domaszewicz – mógłby wystąpić z zaświatów i wezwać mnie na pojedynek za rzekomy brak mojego honoru, godności, patriotyzmu. Byłbym w kłopocie. 

O! Mam pomysł. Coś sobie przypomniałem. Ten dzwon dla wieży kościoła farnego w Kazimierzu Dolnym mój naddziad nazwał imieniem Bartłomieja. BARTŁOMIEJ! A więc dzwon w Wodoktach ma nazywać się HENRYK. Nie wiem, kim był tamten Bartłomiej, ale wiem, kim jest Henryk Sienkiewicz. 
Wodokty! Tam zaczyna się i kończy akcja powieści „Potop". Mam dług wdzięczności wobec Henryka Sienkiewicza, ładnie o nas, Domaszewiczach, napisał… Pieniądze na dzwon? Skoro są dobre chęci, to muszą się znaleźć…".

Na hasło „Henryk Sienkiewicz – dzwon!" zawiązał się Społeczny Komitet Fundacji Dzwonu „Henryk", działający przy Sejneńskim Towarzystwie Opieki nad Zabytkami, a jego przewodniczącym został nie kto inny, tylko Lechomir Domaszewicz. Apelował, telefonował, pisał do różnych środowisk w Polsce: Zwracamy się do wszystkich Rodaków i miłośników twórczości Henryka Sienkiewicza, niezależnie od miejsca zamieszkania o wsparcie finansowe ufundowania dzwonu o imieniu „HENRYK" dla upamiętnienia pisarza noblisty w historycznych Wodoktach…

Na każdy odzew cieszył się radością dziecka. A napływało ich coraz więcej: Muzeum Henryka Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej, Towarzystwo Przyjaciół Warszawy Oddział Śródmieście, Trio de Vilna (Litwa), parafia Szczedrobowo (Litwa), Fundacja Polskie Gniazdo i in. Pomoc ofiarował też nasz polski Fundusz Narodowy.  


Jesień 2018. W pracowni ludwisarskiej Jan Felczyński w dalekim Przemyślu rodzi się dzwon HENRYK, fot. archiwum/magwil.lt 

Narodziny HENRYKA, podróż do Litwy

Lechomir Domaszewicz: „No i udało się zebrać środki. Potem pojechałem do Przemyśla, do ludwisarni Jan Felczyński. Czuwałem przy narodzinach dzwonu. Był to już proces w fazie końcowej. Cały proces produkcji takiego dzwonu trwa około czterech miesięcy, czasami dłużej… Potem trzeba czekać tydzień, aż ostygnie… Potem… Potem razem z dzwonem pojechaliśmy na Litwę, na Laudę, do Wodoktów. Trzeba było być świadkiem ogromnej radości ks. proboszcza wodoktowskiej parafii Regimijusa Jurevičiusa. Wspaniały ksiądz, pracowity, parafianie widują go często z piłą, młotkiem w rękach. Pokazał mi swoją pracownię.

Pracownicy firmy Jan Felczyński zabrali się do roboty, zdemontowali stary, „okaleczony" dzwon i zamontowali nowy. HENRYK został – że tak powiem – po wsze czasy lokatorem dzwonnicy".

HENRYK jest wykonany w 78 proc. z miedzi i 22 proc. – z cyny, waży 420 kilogramów. Na nim, stosownie do bieżącej chwili dziejowej, wykonano inskrypcje w językach polskim i litewskim: Pamięci Henryka Sienkiewicza, piewcy dziejów Laudy, w setną rocznicę odrodzenia naszych krajów. Polacy – Litwini. Dzwonię ku pokrzepieniu serc – HENRYK.
Na dzwonie – na „awersie" widnieją herby Polski i Litwy; na "rewersie" – od strony sakralnej (z widokiem na kościół) – wykonano wizerunki: Henryka Sienkiewicza i krakinowskiego obrazu Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem. Ten, usytuowany w głównym ołtarzu krakinowskiego kościoła obraz, przywiózł w XV wieku pewien rycerz z Krakowa i podarował go misjonarzowi Albertowi, głoszącemu Ewangelię nad brzegami Niewiaży.

Kraków do Krakinowa… piękne dzieje. Ileż to wód z Niewiaży upłynęło, a jednak nie uniosły z sobą ludzkiej pamięci o tamtych zamierzchłych czasach.

Naddziad – to sprawa najważniejsza"


Fotka „ku pamięci”. Lechomir Domaszewicz (pośrodku) w chwili przed wmontowaniem dzwonu; z prawej – ks. proboszcz parafialnego kościoła w Wodoktach Remigijus Jurevičius, z lewej – parafianin – Antanas, fot. archiwum/magwil.lt

Kościół pw. św. Agaty w Wodoktach wznieśli w 1883 roku Agata i Zygmunt Lutkiewiczowie. W tym samym – 1883 – ufundowali dzwon. Był odlany w Rosji. Obecnie, po demontażu, został on przewieziony do Muzeum Biskupstwa Żmudzkiego w Worniach. Będzie tu godnie eksponowany, nawet w stosownym dla niego „klimacie". 

W Worniach od XVIII wieku do czasów Powstania Listopadowego czynna była ciesząca się dobrą sławą ludwisarnia, produkująca dzwony dla kościołów na całej Żmudzi. Ufundował ją biskup żmudzki Stefan Giedroyć. Dzwon odlany w tej ludwisarni znajduje się do tej pory w dzwonnicy kościoła katedralnego w Worniach. Pech chciał, że dwa lata temu pękł i przestał dzwonić.
"Czyż nie stanie się tak, że znów z pomocą przyjdzie znana już tu polska ludwisarnia Jan Felczyński? A cała sprawa – pośrednictwo – itepe, itede – znów spadnie na ciebie – jako „tego zapiekłego laudańczyka warszawskiego" – zapytuję Leszka. „Bardzo chętnie tym się zajmę. Zwłaszcza, że (urywa na chwilę) coś ci powiem. Jesienią ubiegłego roku, kiedy już po zamontowaniu HENRYKA w dzwonnicy kościoła w Wodoktach wróciłem z Laudy do Warszawy, odebrałem w domu telefon z Litwy. Dzwonił Jego Ekscelencja ksiądz biskup diecezji szawelskiej Eugenijus Bartulis. Gratulował mi pomyślnej akcji pod hasłem „Dzwon Henryk", serdecznie dziękował. Jestem więc niejako zobligowany, żeby tym razem jakoś zadziałać w temacie nowego dzwonu dla katedry w Worniach".

„A gdy tak coraz bardziej w tego rodzaju akcjach będziesz się rozpędzał, to może jeszcze i do Paryża dolecisz, by tam do spalonej katedry sprowadzić nowy dzwon" – żartuję.
 „A – nie! Co mi tam Paryż, Francja… Lauda, Żmudź, Litwa, Polska – tak, tak! Wszystko dobre, co nasze".

„Parafialny patriota. A gdyby się okazało, że twój naddziad jakiś dzwon był kiedyś dla katedry w Paryżu zrobił? No… jakiegoś tam „Ludwika"…?".

„A… W takim przypadku – poleciałbym. Naddziad bowiem – to sprawa najważniejsza"…