Księgi niezamknięte... zaduszkowe impresje

"Romantyczność, spokój, prostota, wyniosłość" - jakże trafnie te określenia oddają nastrój związany z każdorazowym kontaktem z wileńskimi nekropoliami. Rossa, Bernardyński, Piotra i Pawła, Antokolski, Kalwaria są najbardziej znane, pamiętać należy też o innych, które są jeszcze w Wilnie, a także tych zlikwidowanych, po których prawie nie pozostał ślad.



Na wymienione cmentarze przyjść można oczywiście o każdej porze roku, aby poprzez spacer ich alejkami dotykać prawdziwej historii miasta. Niezależnie od nas wrażenia dodaje pogoda. Inaczej odbierzemy ów kontakt z nagrobkami latem, a inaczej w zimie. Jednak dni w okolicy Zaduszek są pełne nastrojowej specyfiki związanej z obchodzeniem Święta Zmarłych. 

Obserwuję ludzi, których czasem oprowadzam po cmentarzach, i dostrzegam, zwłaszcza u tych, którzy są pierwszy raz w Wilnie, jakie wrażenie robi na nich podniosły klimat Rossy albo Bernardyńskiego. Ja sam poddaję się temu odczuciu. Jest ono za każdym razem silniejsze, gdyż coraz więcej nazwisk wykutych na nagrobkach jest mi znanych z uwagi na badania naukowe. 

Po 1934 roku coraz częściej pisano o zaniedbaniach nekropolii, o niszczejących pomnikach, braku opieki i zbyt małym zakresie remontów i inwestycji. Zaniedbania były w dużej mierze efektem carskiej polityki, która, likwidując zakony, pozbawiła cmentarze ich naturalnych administratorów z pierwszej połowy XIX wieku. Sytuacja się zmieniła i coś jednak drgnęło, kiedy o pomnikowe pamiątki zaczęły dbać przeróżne instytucje i organizacje. Jednym z pionierów tych akcji był m.in. Uniwersytet Stefana Batorego. Chowając zmarłych profesorów i pracowników, zwrócono też uwagę na groby naukowców z czasów Uniwersytetu Wileńskiego przed jego zamknięciem w 1832 roku. Podobnie postępował oddział wileński Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego i Towarzystwo Miłośników Wilna kierowane przez największych pasjonatów historii miasta: Ferdynanda Ruszczyca i Juliusza Kłosa.
 
Za nimi poszli inni. Stanem niektórych nagrobków interesowali się wkrótce przedstawiciele wielu dziedzin. Prawnicy, lekarze, wojskowi, artyści i ludzie szerzej pojętej kultury oraz środowisko inżynierów i techników odnajdowali mogiły swoich poprzedników. Podobnie jest i dzisiaj, dzięki czemu szereg nagrobków został odnowiony.

Już w latach trzydziestych zorientowano się, że bez mrówczej pracy inwentaryzacyjnej nie uda się zachować historii Wilna ulokowanej na cmentarzach - niczym w swoistym archiwum. Dawnym badaczom nekropolii wileńskich należy się wyjątkowy szacunek. Na początku XX wieku, kiedy pojawiły się drukowane przewodniki po Wilnie, prawie w każdym z nich obowiązkowo był mniejszy rozdział dotyczący cmentarzy. Po pierwszych tego typu wzmiankach w pracach Adama Honorego Kirkora (te jeszcze pod koniec XIX wieku), rozdziały o nekropoliach znalazły się w opracowaniach Władysława Zahorskiego, Wacława Gizbert-Studnickiego i Juliusza Kłosa.

Były to prace pionierskie, lecz opisywały ledwie kilkadziesiąt grobów. Poszukiwano danych, gdyż wiadomo było, że próby inwentaryzacji większej liczby nagrobków czyniło wcześniej kilku badaczy. Zaginęły bezpowrotnie zapiski Syrokomli, ale dotarto do notatek Ludwika Zasztowta (spisy z lat 1884-86), Antoniego Łazarowicza nazywanego kronikarzem Rossy (rękopis z lat 1842-1905), wreszcie Lucjana Uziębły, który zapisywał i czasem rysował inskrypcje nagrobkowe na przełomie XIX i XX wieku.


Prawdziwe bogactwo wiedzy o cmentarzach w Wilnie stanowią natomiast kartoteki sporządzone przez zawodowego archiwistę i kolekcjonera Wacława Wejtkę (spisywane od 1925, lecz z największą intensywnością w latach 1932-1937) i Aleksandra Śnieżkę (w latach 1940-1945). Bez ich rękopisów i maszynopisów nie byłoby chyba możliwe współczesne inwentaryzowanie nagrobków. Dodać też można do nich rysunki nagrobków i pomników, jakie wykonał Józef Hurynowicz w 1943 roku. Ich świadomość i potrzeba dokumentacji niszczejących pamiątek była tak wielka, że poświęcali temu dziełu znaczną część swojego czasu. W. Wejtko systematycznie robił notatki, rysunki i plany. Żałować należy, że nie zachowało się zbyt wiele zdjęć zrobionych przez Jana Bułhaka i innych fotografów na cmentarzach. 

Niektóre z wymienionych osób pochowane są na Rossie lub Bernardyńskim. Dla mnie ich groby stanowią szczególną wartość. Paradoksem jest, że Wacław Wejtko miał już przygotowaną dla siebie kwaterę na Bernardyńskim, lecz w wyniku zawieruchy wojennej zmarł z dala od Wilna i nie został w niej pochowany.                
*      *      *  
Zaduszkowa impresja.
W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku na wileńskich cmentarzach w dniach zadusznych było zawsze bardzo wielu ludzi. Całkiem świeża była jeszcze wtedy tradycja zapalania świeczek na mogiłach, ale już dość rozpowszechniona. Warto w tym miejscu przypomnieć, że w Wilnie ów piękny zwyczaj znany w całej Polsce zapoczątkował Zygmunt Nagrodzki. On jako pierwszy postawił jeszcze przed pierwszą wojną lampiony na grobie Syrokomli i tak się zaczęło... Po kilku latach zaduszkowe światełka błyskały już dziesiątkami tysięcy.

Jak pisał Ferdynand Ruszczyc o Rossie: "Widok na dolinę i wzgórza pełne migocących światełek - emocjonujący". Profesor USB i cicerone Wilna sam miał spory wkład w ratowanie ważnych części nekropolii. Był m.in. sponsorem remontu małej części kolumbarium na Cmentarzu Bernardyńskim, gdzie pochowany był jeden z jego przodków Gaspar Ruszczyc. Inny fragment odremontowano za pieniądze Hilarego Łęskiego z Białej Waki, a następny dzięki Lucjanowi Uzięble.

1 i 2 listopada o zmierzchu, dorożki i auta długim szeregiem zmierzały w stronę wileńskich cmentarzy, mijając tłumy sunące piechotą. Najczęściej było w tych dniach sinawo-fioletowo z niebem zawoalowanym chmurami. Im bliżej nekropolii, tym więcej straganów ze świeczkami i lampionami. Dziesiątki sprzedawców oferowało roślinne ozdoby. Wyćwiczone w wyrobie wielkanocnych palm kobiety z Wilna i okolic potrafiły zrobić piękne wieńce z jedliny i mchu przeplatane krwawymi jagodami jarzębiny i jesiennymi kwiatami. Obok stali sprzedawcy kwitnących chryzantem w doniczkach.



Na Rossie potężne reflektory lotnicze oświetlały mauzoleum Matki i Serca Syna oraz prawie cały obszar cmentarzyka żołnierskiego. Orkiestra wojskowa dochodziła, grając marsza żałobnego. Inny reflektor oświetlał grób Syrokomli, przy którym stała warta harcerzy. Następny podświetlał kaplicę i popiersie Lelewela. Tysiące zapalonych przez ludzi światełek tworzyły wyjątkową poświatę w czarownej, feerycznej panoramie pagórków i dolinek Rossy. Na wychodzących czekali handlarze obwarzanków.  
*      *      * 
Oto kolejna impresja.
Na wileńskich cmentarzach są setki nagrobków osób, które z Wilnem miały związki przelotne. Kiedyś ktoś nazwał takie postaci "przelotnymii ptakami". Trafiali do Wilna czasem przejazdem lub z zamiarem pozostania tutaj na dłużej - ze względu na podjęcie pracy, interesy lub innych powodów. Okoliczności sprawiły, że zmarli w obcym miejscu i pochowano ich w mieście nad Wilią. Spośród wielu takich przypadków wybrałem dwa.

Jedną z takich  postaci był Maksymilian Truzzi, Włoch, lecz poddany rosyjski, założyciel i dyrektor legendarnego cyrku. Pod koniec XIX wieku sztuka cyrkowa stała się zupełnie niezłym przedsięwzięciem dochodowym. Ogarnięty pasją i ambicją M. Truzzi sięgał po rzeczy, wydawałoby się, niemożliwe. Aby zdobyć sławę i wysokie honoraria, wymyślił niespotykany dotąd manewr. Był znakomitym treserem dzikich zwierząt i koni do pokazów woltyżerki. Przez długie miesiące wyćwiczył lwa, który wskakiwał na grzbiet oswojonej klaczy zabezpieczonej opancerzonym siodłem. Tak wyjątkowy duet robił galop wokół areny ze skokami lwa przez obręcze. Cyrk Truzziego wyruszył w 1899 roku na wielkie tournée - zrealizować zamówienia na występy w stolicach europejskich i w Nowym Jorku.

Wileńskiemu właścicielowi teatru-rewii Schumanowi udało się załatwić jeden jedyny występ w Wilnie, kiedy cyrk jechał z Petersburga do Warszawy. Truzzi miał od Schumana dostać minimum 10 tysięcy rubli, plus premię z biletów. Honorarium bajeczne jak na owe czasy, dlatego dość powiedzieć, iż cyrkowiec się zgodził. Występ odbył się 16 kwietnia 1899 roku w pawilonie cyrkowym stojącym w pobliżu katedry. Na pełnej widzów galerii był carski następca tronu Michał Romanow, przebywający akurat w Wilnie w związku z manewrami wojskowymi. Maksymilian Truzzi występował na końcu programu. Wszystko poszło znakomicie, aż do momentu, kiedy klacz robiła końcowy ukłon. Lew spadł z metalowego siodła, przygniatając całym swoim ciężarem dyrektora. Maksymilian Truzzi zginął, mając zmiażdżoną czaszkę i kręg pacierzowy.

Pochowano go na Rossie w mogile, którą później ozdobiono marmurowym nagrobkiem. Zespół cyrkowy rodziny Truzzich był jeszcze kilka razy w Wilnie, również w okresie międzywojennym. Nagrobek przetrwał przez blisko sto lat - do 1995 roku. Wówczas na cmentarzu w Kownie (Eigulių kapinės) urządzono kwaterę, panteon artystów cyrkowych, na którą przeniesiono nagrobek Maksymiliana Truzzi. "Priezz pour lui" - prosi ostatni wers inskrypcji[1].


Śmiercią lotnika zginęła natomiast Janina Dłuska, której oryginalny nagrobek znajduje się na Bernardyńskim. Urodziła się w 1899 roku w Kursku i wychowała w Rosji. Mając zdolności malarskie, uczyła się na kursach w Krakowie i w Moskwie. Kiedy wróciła do Polski, malowała zarobkowo portrety i uczyła rysunku w szkole w Lublinie. Później były jeszcze studia w Monachium i Paryżu. Coś ciągnęło ją jednak do Wilna, gdyż jak przypuszczała: "tu znalazłaby odpowiednie warunki do twórczej pracy". Przyjechała w drugiej połowie 1931 roku, z silnym zamiarem osiedlenia się na stałe.

Miała jeszcze jedną wielką pasję, jaką było latanie. Wilno mogło zapewnić spełnienie tych dwóch celów. Zapisała się do Akademickiego Aeroklubu Wileńskiego, a nawet weszła do jego zarządu, gdzie była gospodarzem lokalu klubowego. Zdążyła przejść teoretyczną część kursu dla pilotów i jako jedna z pierwszych kobiet w Wilnie zaczęła część praktyczną. Jako pasażer wzniosła się już kilka razy w lotach z Porubanku. Miała 32 lata, kiedy 8 czerwca 1932 roku wystartowała do kolejnego lotu. Za sterami siedział student USB, pilot Henryk Kwiatkowski. Podczas jednego z manewrów (tzw. wirażu) nad lotniskiem, maszyna odmówiła posłuszeństwa i z wysokości 100 metrów runęła na ziemię. Pilot został ciężko ranny, a Janina Dłuska odniosła tak wielkie obrażenia, że po kilku godzinach zmarła w klinice uniwersyteckiej na Antokolu. Wilnianką była zaledwie kilka miesięcy. Zarząd aeroklubu zrobił zbiórkę i ufundował nagrobek, na którego szczycie symbolicznie wykonano metalowy dziób samolotu i śmigło. 

W 1935 roku przygotowano w Wilnie (sala byłego kina Roxy na Mickiewicza 22) pośmiertną wystawę prac Janiny Dłuskiej, głównie akwareli (portrety, ilustracje do bajek, okładki czasopism kobiecych). Bardzo dobrze wyrazili się wtedy o jej talencie: Ferdynand Ruszczyc, Ludomir Sleńdziński, Marian Morelowski i Walerian Charkiewicz. "Cieszyłem się, gdy artystyczne pisklę powoli przeobrażało się w ptaka, zdolnego do większych i wyższych lotów. Uderza różnorodność tematów i subtelny koloryt" - napisał F. Ruszczyc, a jego słowa padały niczym barwne kwiaty na grób młodej artystki.
 

  
Doczekaliśmy się już bardzo szczegółowych opracowań inwentaryzacyjnych dwóch pierwszych, najważniejszych nekropolii Wilna, zawierających dokładne plany z rozmieszczeniem nagrobków[2]. Wydawać by się mogło, że jest to główny krok w kierunku, aby cmentarze te przestały niszczeć i aby nie dokonywano na nich zmian zaburzających układ, charakter i liczbę grobów. Niestety tak nie jest. Mimo oficjalnego wpisania cmentarzy na listę zespołów zabytkowych chronionych prawem wciąż są obiektem niezrozumiałych i trudnych do wyjaśnienia ingerencji. Co rusz pojawiają się nowe krzyże i nagrobki z tabliczkami, na których są daty pochówków 2016 i 2017. Zdarzają się przykre akty wandalizmu, jak np. utrącenie głowy anioła z najpiękniejszego pomnika na Cmentarzu Bernardyńskim, grobowcu rodziny Mareniczów (dzieło rzeźb. Leopolda Wasilkowskiego).


Cieszy fakt odrestaurowywania kolejnych pomników, ale jednocześnie smuci świadomość, że wciąż niszczone są inne. Zmniejszyła się co prawda ilość kradzieży, ale bardzo trudno jest stwierdzić, jakie fragmenty cmentarza znikają. Na Cmentarzu Bernardyńskim w kilku miejscach powstały lapidaria, gdzie umieszczono niektóre rozrzucone wcześniej nagrobki. Mimo to wciąż jest dużo do zrobienia, aby ratować to, co nadal znajduje się w strefach zagrożonych, jak choćby nagrobek Heleny Kalusz-Ostrowskiej.


Wileńskie historyczne nekropolie to specjalne archiwa historii miasta. Kilkadziesiąt tysięcy nazwisk, które niegdyś dla Wilna znaczyły wiele. Niektóre z postaci doczekały się biografii, inne krótkich biogramów, jednak większość pozostaje prawie nieznana. To wielka biblioteka z mnóstwem otwartych ksiąg czekających na zapisanie...
 

[1] Cmentarz Bernardyński w Wilnie 1810-2010, wyd. Versus aureus, Wilno 2010; Cmentarz na Rossie w Wilnie (Projekt badawczy - Badania inwentaryzacyjne), Instytut Historii Sztuki, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (http://rossa.sztuka.edu.pl/)

[2] Kiedy nagrobek Maksymiliana Truzzi był jeszcze na Rossie, powstał o nim wiersz Judity Vaičiūnaitė pt. Šešėliai. Znalazł się on w tomiku poezji Po šiaurės herbais: Eilėraščiai, wyd. Vaga, Vilnius 1968.

Komentarze

#1 Czy i kiedy zostaną

Czy i kiedy zostaną wyjaśnione okoliczności dewastacji głowy Anioła pomnika na grobowcu Maryniczów ? Czy cmentarze o szczególnym znaczeniu takie jak Rossa i Bernardyński będą wreszcie objęte nadzorem,opieką oraz monitoringiem o wyższej rozdzielczości,. Nie może dochodzić do takiej sytuacji jak z głową anioła zaś sprawcy pozostają nieznani,niezidentyfikowani i bezkarni.

Sposób wyświetlania komentarzy

Wybierz preferowany sposób wyświetlania komentarzy i kliknij "Zachowaj ustawienia", by wprowadzić zmiany.