Ognisty charakter… o komendancie Straży Pożarnej w Wilnie


Defilada pojazdów strażackich na Wielkiej Pohulance. Fotografia ok. 1928–32. (W tle widoczny budynek przy ul. Basanavičiaus 43).
Baśniowy Waligóra i jego brat Wyrwidąb to postaci obdarzone niezwykłą siłą, personifikujące braterską zgodę i przykład osiągania korzyści wynikających ze współpracy. O Wyrwidębie wileńskim nie słyszałem. Złożyło się tak jednak, że Wilno miało w pewnym czasie dwóch Waligórów, zupełnie niebaśniowych. Dwaj panowie o tym samym nazwisku. Nie byli braćmi ani nawet dalszą rodziną. Bolesław Waligóra był bohaterem artykułu o stadionie na Pióromoncie. Marian Waligóra był natomiast przez dziesięć lat komendantem wileńskiej Straży Pożarnej.

Oprócz nazwiska tych dwóch panów łączył fakt, że obydwaj nosili mundury. Różnił ich jednak dorobek, jakim zapisali się dla miasta. Różnił ich też charakter, który miał wpływ na ocenę fragmentu ich biografii z okresu wileńskiego.

Marian Waligóra nie był wilnianinem, gdyż pochodził z Częstochowy, gdzie przyszedł na świat 15 lipca 1883 roku. Jak wielu małych chłopców chciał być strażakiem i był w swoich marzeniach konsekwentny. Ze służbą ogniową związał się w czasach młodzieńczych. Kiedy miał 25 lat (w 1908), był już komendantem Pogotowia Straży Pożarnej w Częstochowie. Podczas pierwszej wojny światowej w stopniu porucznika służył w straży pożarnej w Warszawie. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości służbowo został przeniesiony najpierw do Lublina, gdzie był komendantem (1919–20), a później na takie samo stanowisko do Bydgoszczy (1921–22). W połowie 1922 roku mianowano go komendantem zawodowej Straży Pożarnej w Wilnie.


Marian Waligóra, komendant wileńskiej Straży Pożarnej.     

Straż Pożarna była jedną z agend Magistratu, wobec czego M. Waligóra stał się jednym z wyższych urzędników tego organu. Był rzutki i energiczny, poznawał miasto i panujące w nim stosunki. Szybko dał się też poznać jako sprawny organizator. Dokładnie przeanalizował księgi raportów straży i już jesienią 1922 roku, wnioskował do prezydenta o uregulowanie sprawy czyszczenia kominów domów w Wilnie. We wniosku dowodził statystycznie, że były one główną przyczyną powstawania licznych pożarów. Zgłosił potrzebę zorganizowania strażackiej sekcji kominiarskiej. Przyczynił się do powołania wileńskiego oddziału Związku Straży Pożarnej. Komendant pisał również o odkrytych nieprawidłowościach w działalności swoich poprzedników, przytaczając przykłady kradzieży i oszustw na szkodę kasy miejskiej.

Komendant zabiegał jednak przede wszystkim o zdecydowane unowocześnienie taboru strażackiego. Wkrótce dzięki jego staraniom w Wilnie pojawiły się nowe autopompy, a w 1925 roku pierwsze automobile specjalistyczne. Remiza Straży Pożarnej znajdowała się w podwórku Magistratu na ulicy Dominikańskiej (obecnie w tym miejscu znajduje się Gimnazjum im. Salomei Neris). W skład remizy wchodziły stajnie, garaże i warsztaty oraz wysoka wieża obserwacyjna.


Gmach Magistratu Wileńskiego na ulicy Dominikańskiej z widoczną wieżą Straży Pożarnej.

Kierowana przez Mariana Waligórę straż ogniowa rozwijała się i miała dobre wyniki. Publiczne pokazy nowo zakupionych pomp, drabin i pojazdów stały się okazją do prezentacji osiągnięć. Komendant najczęściej osobiście uczestniczył w akcjach gaszenia pożarów. Był energicznym służbistą w każdym calu i co rusz miał swoje pięć minut w prasie, kiedy z uznaniem pisano o kierowaniu przez niego kolejną akcją gaśniczą. Czasem w osobnym okienku składano mu kierowane pod jego imieniem podziękowania.



Duma sprawiała, że stał się kimś, kogo dzisiaj określamy mianem celebryty. Uwielbiał występowanie w mundurze galowym obwieszonym medalami podczas wszelkich uroczystości. W 1927 roku w Wilnie odbyły się uroczyste obchody 125-lecia wileńskiej straży ogniowej. Została ona powołana 26 maja 1802 roku jako jedna z pierwszych jednostek spośród polskich miast. Komendant pełnił honory gospodarza uroczystości. Przewodził defiladzie swojego oddziału spod znaku św. Floriana, podejmował wielu honorowych gości.


Oddział Straży Pożarnej na ul. Wielkiej w 1925 roku (w tle Hotel Italia, obecnie Astorija).

W połowie lat dwudziestych wileńskiemu samorządowi sprawującemu władzę od 1919 roku nie szczędzono słów krytyki. Na łamach endeckiego „Dziennika Wileńskiego” trwał gremialny atak na „zasiedziałych” i „nic nierobiących” (pis. oryg.) urzędników z prezydentem Witoldem Bańkowskim na czele. Szukano każdej okazji, aby ujawniać przykłady upartyjnienia organu i brak kompetencji w sprawowaniu podstawowych zadań. Marian Waligóra był postrzegany, jako człowiek owego dawnego „układu”, dlatego wytykano mu każde potknięcie. Na początku 1925 roku z oburzeniem poinformowano czytelników, że komendant utrzymuje dyscyplinę wśród podwładnych za pomocą rękoczynów. Na jaw wyszła sprawa, że jednego ze strażaków, który słabo wypadł w czasie ćwiczeń, zaprowadzono do stajni, gdzie komendant zwymyślał go niecenzuralnymi słowami i dał mu po twarzy. Radni Aleksander Zasztowt i Józef Godwod domagali się od prezydenta Bańkowskiego natychmiastowego usunięcia M. Waligóry ze służby, gdyż tak czyniono w cywilizowanych krajach. Skończyło się jednak tylko na ustnym upomnieniu.

Kiedy rok za rokiem wzrastał strażacki park samochodowy, ujawniło się szoferskie zacięcie M. Waligóry. Prowadzenie pojazdów było jego pasją i nawet wtedy, kiedy nie musiał, osobiście zasiadał za kierownicą, aby dowieźć załogę do pożaru. Jak mówiono, „jeździł z olbrzymią fantazją”. Pewnego upalnego dnia w lipcu 1927 roku spowodował wypadek przed hotelem Europa na rogu Dominikańskiej i Niemieckiej. Prowadząc samochód strażacki, komendant z impetem wjechał w dorożkę. Woźnica, który nie był niczemu winien uległ ciężkim obrażeniom ciała. Na miejscu pojawił się policjant i zaczął spisywać protokół. Gdyby okoliczności były sprzyjające, prawdopodobnie sprawa zakończyłaby się „w gronie mundurowych”, czyli niczym, ale było za dużo świadków. Zebrany tłum wykrzykiwał oburzony, słuchając aroganckiego i niezgodnego z prawdą przedstawienia zdarzenia przez komendanta. Policjant, zmuszony do regulaminowych procedur, poprosił M. Waligórę o dokumenty i okazało się wówczas, że szef straży pożarnej nie ma uprawnień do prowadzenia pojazdów i nigdy ich nie posiadał. Nie wiadomo, jak się ta sprawa zakończyła, ale pięć miesięcy później komendantowi zdarzyło się ponownie uszkodzić jeden z samochodów. Tym razem rozpędzonym pojazdem uderzył w budynek w pobliżu ulicy św. Jakuba, kiedy wracano z udanej akcji gaszenia pożaru. Pojazdy remontowane były później rzecz jasna na koszt Magistratu.


Lokalizacja remizy Straży Pożarnej w Wilnie.

Za czasów M. Waligóry pożary w Wilnie, jak w każdym ówczesnym mieście, wybuchały dość często. Były mniejsze i większe, które pociągały za sobą znaczne straty. Akcje gaszenia były czasem udane, czasem nie. Kilka pożarów było spektakularnych i bardzo niebezpiecznych ze względu na groźbę objęcia pożogą całej okolicy. Wymienić wśród nich można: pożar w 1924 roku, kiedy palił się tartak Hesela Szapiry na rogu Nowogródzkiej i Ponarskiej, później w tym samym roku i ponownie w 1928 roku palił się młyn Tyszkiewicza na ulicy Stefańskiej, co miało duży wpływ na ceny mąki i chleba, natomiast w 1929 roku paliły się składy wojskowe w Leszczyniakach. Grożny pożar miał miejsce w 1931 roku, kiedy palił się skład monopolowy Klemensa Węcewicza w budynku przy ulicy Wielkiej, gdzie mieścił się też oddział Banku PKO (przez całą noc eksplodowały butelki z alkoholem, a przez wytworzone gazy zatruło się czterech strażaków). Wreszcie w 1932 roku ogromny pożar wybuchł w Olejarni Kurlandzkiej (zakład mieścił się przy obecnej ul. Kuršių na styku z Ponarską). Podczas pożaru ewakuowano pobliskie składy tytoniowe i rzeźnię. W tym samym roku wybuchł również pożar Domu Handlowego Załkinda i kina „Casino”. W każdym przypadku komendant straży zbierał pochwały i nagrody, a jednak… ognisty charakter M. Waligóry rzucał cień na jego wizerunek.

Dopiero w 1927 roku władze centralne nakazały przeprowadzenie nowych wyborów do Rady Miasta. Kampania wyborcza była burzliwa, przy czym krytykowano wszystkie osoby piastujące stanowiska w Magistracie. Marianowi Waligórze nie odmawiano przy tym uznania za kompetencje w sprawach ochrony pożarowej Wilna. Wiedziano też jednak powszechnie, że był niezwykle wymagającym przełożonym. Fachowym, ale i bezwzględnym, dlatego kolejny raz skupiono się na jego stosunku do podwładnych. Po trzęsieniu ziemi, jakiego dokonano w samorządzie miasta, nowym prezydentem Wilna wybrany został Józef Folejewski. M. Waligóra jednak pozostał na stanowisku komendanta straży. Pozostawiono go zapewne za dotychczasowe zasługi i ze względu na fachowość. Komendant oprócz normalnych zajęć prowadził w następnych dwóch latach kursy dla komendantów powiatowych straży. Był też pod baczną obserwacją radnych, zwłaszcza kiedy wokół straży coś się działo niedobrego.

Wydarzenia o dobrym lub złym wydźwięku związane z M. Waligórą przeplatały się na przemian. W 1928 roku decyzją komendanta straż pożarna wzięła pod opiekę osieroconego chłopczyka, który stracił rodziców w pożarze. Pochwały zebrał, kiedy w 1929 roku osobiście dowodził oddziałem gaszącym pożar w drukarni Kleckina na Kwaszelnej, gdzie składano gazetę „Słowo”. Jednak w tym samym roku zginął strażak, który spadł z samochodu, kiedy zespół wracał z gaszenia niegroźnego pożaru w Markuciach. Jakkolwiek był to wypadek, pytano natychmiast, jaką odpowiedzialność ponosi komendant.

Gorszych informacji docierających do Rady Miasta było coraz więcej.Pod ich wpływem, podczas posiedzenia w maju 1930 roku, radni z ramienia PPS zwrócili się do Magistratu, aby „wniknął i uregulował skandaliczne stosunki panujące w miejskiej straży ogniowej”, gdyż od dawna wiadomo, że coś tam jest nie w porządku. Bezpośrednim powodem wniosku był dowiedziony fakt, że M. Waligóra spoliczkował jednego ze strażaków, a zastępca komendanta, inspektor Eugeniusz Rusek dopuścił się takiego samego czynu wobec trójki innych podwładnych. Na domiar złego bicie miało miejsce w trakcie trwania akcji gaszenia pożaru w Kolonii Kolejowej. Podobno strażacy „byli tchórzliwi”, dlatego w ten sposób dodawano im odwagi i pobudzano do energiczniejszej akcji. Radni grzmieli, że tego rodzaju zajścia miały znamiona poniżania podwładnych i były niegodne munduru.

Odważne rozpoczęcie tak poważnego zagadnienia uruchomiło dalsze doniesienia o innych jeszcze, podobnych przypadkach czynnej zniewagi. W takiej sytuacji Magistrat musiał potraktować sprawę poważnie. Powołano komisję, która prowadziła dochodzenie w sprawie dyscyplinarnej, a przy okazji magistracka Komisja Rewizyjna zajęła się księgowością straży. Po pierwszym, wstępnym rozpoznaniu, komendant M. Waligóra wyszedł ze sprawy prawie obronną ręką, gdyż skończyło się jedynie na pisemnym upomnieniu.


Wileńska Straż Pożarna na terenie remizy podczas ćwiczeń.

Niedługo później komendant w galowym mundurze, stojąc na czele wspaniałego, strażackiego pocztu sztandarowego, składał meldunek prezydentowi Ignacemu Mościckiemu przybyłemu do Wilna. Później wzorcowo wręcz kierował organizacją „Tygodnia Strażackiego”. Podczas defilady z dumą prowadził samochód spod katedry na plac Łukiski, gdzie odbywała się wystawa prezentująca historyczny rozwój służb pożarniczych. Imponująco wypadły też zawody o Mistrzostwo Straży Pożarnej Województwa Wileńskiego. Po ich zakończeniu komendant odebrał gratulacje od przedstawicieli najwyższych władz wojewódzkich. Dodać należy, że wojewoda Władysław Raczkiewicz był w tym czasie prezesem Rady Związku Straży Pożarnej, a wicewojewoda Stefan Kirtiklis, pierwszym wiceprezesem.

Po względnym spokoju, w 1932 roku nad głową komendanta znów pojawiły się czarne chmury. Do radnych wpływały informacje o kolejnych „występkach” M. Waligóry. Miał on na przykład tolerować podczas ćwiczeń zwyczaj skierowywania silnego strumienia wody na strażaków będących na wysokiej drabinie. Sprawa wyszła na światło dzienne, gdy jeden z nich spadł z dużej wysokości i trafił do szpitala. Inne doniesienie dotyczyły kontrolerów ze straży, którzy bezprawnie pobierali opłaty za kontrolę i stemplowanie gaśnic w lokalach publicznych. Akurat w tym czasie doszło do kolejnej zmiany na fotelu prezydenta Wilna. Wiktor Maleszewski poważnie potraktowal problem i spowodował, że do biur straży wkroczyli oficerowie policji śledczej. Naruszenia, jakie wówczas ujawniono i tym razem nie spowodowały postawienia M. Waligórze zarzutów prokuratorskich. W jego sprawie zapadł tylko wyrok sądu dyscyplinarnego za wykroczenie porządkowe i nałożono karę w kwocie 100 zł. Ale uparci radni zwrócili uwagę, że skład sądu stanowili znajomi komendanta. Prezydent Maleszewski również się takim finałem sprawy nie zadowolił. Polecił ponowne rozpatrzenie sprawy przez tenże sąd, ale w całkowicie zmienionym składzie.

Przypadek sprawił, że akurat w tym czasie do Magistratu zgłosił się sierżant Władysław Urban pracujący w Sądzie Wojskowym. Poszukując M. Waligóry, głośno domagał się zwrotu zaliczki, jaką wręczył komendantowi za załatwienie przydziału działki budowlanej w podwileńskim majątku Kojrany. Między panami doszło na korytarzu do burzliwej sprzeczki, aż przywołani zostali do gabinetu prezydenta. Według relacji sierżanta komendant miał wraz z byłym kierownikiem opieki społecznej, obiecywać przydziały na działki z rozparcelowanego rzekomo majątku miejskiego. Za pomoc w otrzymaniu działek pobrali kilkusetzłotowe zaliczki od większej liczby osób. Prezydent zlecił komisji finansowej przeprowadzenie ponownej, lecz bardziej wnikliwej rewizji biura straży. Ujawniono tym razem kilka przypadków korupcji wśród podległych M. Waligórze funkcjonariuszy. Raport zawierał np. przypadek zdefraudowania 3 tysięcy złotych przez kancelistę, a niektórzy strażacy wykupywali bezprawnie węgiel na podwójne i potrójne deputaty. Zaczynało być źle dla M. Waligóry, ale czarę przelały następne „odkrycia”. Znaleziono oto bowiem decyzję o nadaniu orderów niektórym oficerom, która opatrzona była fałszywymi podpisami. Niedługo później doszły do tego informacje o kolejnych przykładach znęcania się nad szeregowymi strażakami.


Oddział Straży Pożarnej podczas zbiórki (fotografia Edmunda Zdanowskiego z 1930 roku).

Prezydent Wiktor Maleszewski był z wykształcenia lekarzem, wcześniej z powodzeniem praktykującym. Od swoich kolegów ze szpitali dowiedział się, że wśród leczonych tam strażaków wielu było poważnie chorych na płuca i żołądek. Odkrycie prawdy o przyczynie tych dolegliwości było porażające. Okazało się, że kilka lat wcześniej M. Waligóra otrzymał zgodę na urządzenie w piwnicach remizy na Dominikańskiej tzw. „komory gazowej”. Było to specjalne pomieszczenie do prowadzenia ćwiczeń w trudnych warunkach. Podpalano tam szmaty nasączone różnymi substancjami, a strażacy w maskach przeciwgazowych trenowali wytrzymałość. Za zgodą komendanta, jego zastępcy mieli się też jednak dopuszczać stosowania nadzwyczajnej kary dyscyplinarnej. Za faktyczne czy też domniemane oznaki niesubordynacji, kazali oni wchodzić do zadymionej trującym dymem komory bez masek. Innemu znów ze strażaków kazano 20 razy wchodzić na 3-piętrową drabinę, aż stracił przytomność i spadając, doznał uszkodzeń ciała.

Dochodzenie prowadzone przez wydział prawny Magistratu objęło wszystkie te sprawy. Winę M. Waligóry zakwalifikowano jako brak nadzoru i świadome dopuszczenie do szeregu nadużyć. Komendant tym razem został natychmiast zawieszony w czynnościach. Przygotowano nową rozprawę sądu dyscyplinarnego, która odbyła się ostatecznie wiosną 1933 roku. Orzeczenia, jak pisano: „oczekiwano z ogromnym naprężeniem”. Po trwającej kilka dni rozprawie, w środku nocy 7 marca ogłoszono werdykt. Marian Waligóra został dyscyplinarnie zwolniony ze stanowiska komendanta wileńskiego Straży Pożarnej i pozbawiony 2/3 praw emerytalnych. Wilno nie było już dla niego przyjaznym miejscem, dlatego spakował się i wyjechał.

Niechlubny koniec komendanta M. Waligóry w Wilnie nie spowodował jego rozbratu ze służbą w pożarnictwie. Już w następnym roku, będąc w stopniu majora, został komendantem straży we Włocławku (1934–1937), a później instruktorem Związku Straży Pożarnej RP w Łodzi. We wrześniu 1939 roku przedostał się do Warszawy, gdzie m.in. czynnie uczestniczył w gaszeniu pożaru Zamku Królewskiego. Podczas okupacji niemieckiej był oficerem Warszawskiej Straży Ogniowej, natomiast po wojnie został referentem w oddziale okręgowym Związku Straży Pożarnej w Łodzi. Zmarł 1 marca 1956 roku jako emerytowany podpułkownik. Pochowany został na łódzkim cmentarzu Solec. Chronologia kariery zawodowej Mariana Waligóry sprzed i po służbie w Wilnie udostępniona została na podstawie badań przeprowadzonych przez Jerzego Kowskiego.

Biografia Mariana Waligóry pokazuje, że historia nie jest czarno-biała. Między tymi skrajnymi kolorami, kiedy człowieka można zaliczyć do postaci wybitnych, czy też nikczemnych, jest cały szereg odcieni szarości. Zawierają one wzloty i upadki, chwile sławy i momenty hańby. Tak też jak uważam powinno się opowiadać każdą historię, niezależnie od tego czy dotyczy ona pojedynczego człowieka, ale też większych społeczności, a nawet narodów.