Przedszkola w Wilnie - niekończące się problemy


Fot. wilnoteka.lt
Wygląda na to, że nowe władze Wilna, podobnie jak poprzednicy, będą miały problemy z przedszkolami. Kłopoty z brakiem miejsc w przedszkolach częściowo miały rozwiązać dopłaty w wysokości 100 euro miesięcznie za każde dziecko, które chodzi do przedszkola prywatnego. Mer Remigijus Šimašius zapewniał, że prywatne przedszkola opłat nie zwiększą. Stało się jednak inaczej - rodzice narzekają, że opłaty rosną.
W czerwcu stołeczna Rada przyjęła uchwałę, na mocy której samorząd zobowiązał się dopłacać 100 euro miesięcznie do pobytu dziecka w przedszkolu prywatnym. Z właścicielami prywatnych przedszkoli uzgodniono, że w ciągu całego roku szkolnego wysokość opłaty za przedszkole nie ulegnie zmianie. Władze samorządowe obiecały, że będą kontrolować, jak przedszkola wywiązują się z obietnicy.

Co prawda, zajmą się tym dopiero po 1 września, a tymczasem rodzice zaczęli zasypywać samorząd i samego mera skargami. Okazało się, że niektóre placówki wykorzystały sytuację, zwiększając opłatę za przedszkole albo wprowadzając dodatkowe opłaty, na przykład za owoce i warzywa czy środki czystości. Zdaniem przedstawicielki Narodowego Zrzeszenia Aktywnych Matek (Nacionalinis aktyvių mamų sambūris) Rasy Žemaitė, przygotowując projekt dopłat za przedszkola, samorząd nie przewidział wielu rzeczy, nie zabezpieczył się przed ewentualnymi nadużyciami. "Wszystko zostało pięknie przedstawione. Tymczasem zdarzają się sytuacje, kiedy jedna z firm, prowadzących kilka przedszkoli likwiduje ulgi w opłatach za wakacje: przedtem rodzice za czas urlopowy nie płacili, teraz będą musieli. W innym przedszkolu pojawiają się dodatkowe opłaty za owoce i warzywa - czyżby przedtem dzieciom nie dawano owoców i warzyw? Jeszcze gdzieś - dodatkowa opłata za środki czystości. Raptem, właśnie teraz, przed wrześniem, zanim nie zostały podpisane umowy, w wielu przedszkolach jak grzyby po deszczu pojawiają się jakieś dodatkowe opłaty. Jest brak miejsc w przedszkolach, nie zostały jeszcze uregulowane podaż i popyt, więc właściciele przedszkoli mogą zwiększać ceny, bo wiedzą, że dzieci i tak przyjdą" - powiedziała portalowi 15min.lt R.Žemaitė.

Narodowe Zrzeszenie Aktywnych Matek przewidziało, że taka sytuacja może się zdarzyć, dlatego proponowało samorządowi w umowach z prywatnymi przedszkolami zastrzec zasady kształtowania i kalkulacji oraz kontroli opłat za przedszkola, ale propozycje nie zostały uwzględnione.

Wicemer Valdas Benkunskas twierdzi jednak, że nadużycia, o których mówią rodzice, to tylko pojedyncze przypadki. Władze miasta doszukały się natomiast nieprawidłowości w zapisach dzieci do przedszkoli publicznych. Mer Remigijus Šimašius oskarżył dyrektorów przedszkoli publicznych o "handel miejscami". Do 7 sierpnia dyrektorzy 144 samorządowych placówek musieli poinformować samorząd, ile mają wolnych miejsc. Z części przedszkoli informacje nadeszły w ostatniej chwili, a 19 placówek danych nie udostępniło. "Powiem wprost: mam jakieś złe przeczucie, że nie jest to zwykłe zaniedbanie, lecz próba "handlowania" miejscami w przedszkolach" - oświadczył mer.

Obecnie, jak informuje stołeczny samorząd, w przedszkolach publicznych jest jeszcze około tysiąca wolnych miejsc. Rodzice, którzy zapisali dziecko w kolejce oczekujących na miejsce w przedszkolu, ale podczas wiosennego naboru nie zostali przyjęci, mają więc jeszcze szansę na to, że jesienią będą mogli oddawać dziecko do przedszkola.

Na podstawie: vilnius.lt, 15min.lt, delfi.lt