Świat uratowany w jednym życiu


Leokadia Chaninowicz z medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata", fot. Teresa Worobiej
"Tygodnik Wileńszczyzny", 12-18 października 2017 r., nr 41 (nr 891)
- Teraz, kiedy opowiadamy o wydarzeniach wojennych, to można pomyśleć, że to jakaś bajka. Nikt nie chce sobie uświadomić, na ile realne było zagrożenie życia. Mogliśmy zginąć wszyscy, którzy byliśmy w tym domu - Leokadia Chaninowicz z Wojdat nie kryje wzruszenia, wspominając wydarzenia z 13 lutego 1943 roku. Miała wtedy 12 lat, gdy jej rodzice Katarzyna i Ignacy Bujelowie przygarnęli do rodziny nastoletnią Żydówkę Fejgę, która cudem uszła od niemieckich kul w pobliskim ponarskim lesie.
We wrześniu, gdy przypada rocznica likwidacji getta podczas wojny, wileńscy Żydzi organizują różne przedsięwzięcia związane z tym tragicznym i smutnym wydarzeniem. Podstawowym ich celem jest przywracanie pamięci o bestialskim ludobójstwie II wojny światowej, ukazywanie prawdziwego oblicza oprawców, opłakiwanie poległych, odszukując ich nazwiska. Wszak według tradycji judaistycznej, nieopłakana dusza wciąż się błąka po Szeolu, nie znajdując ukojenia.

Wiele przedsięwzięć jest skierowanych do ludzi, którzy podczas wojny pomogli Żydom uniknąć kaźni. Dzisiaj oni już nie żyją, zaś odznaki "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata" odbierają ich potomkowie. Wśród takich znaleźli się śp. Katarzyna i Ignacy Bujelowie, mieszkańcy wsi Wojdaty. Goszczący w połowie września premier Izraela Yuli-Yoel Edelstein razem z ambasadorem Izraela na Litwie Amirem Maimonem wręczył medal "Sprawiedliwych" państwu Bujelom. Nagrodę, w imieniu rodziców, odebrały córki Krystyna Kowalewska i Leokadia Chaninowicz. Zaszczytną nagrodę Bujelom przyznano za ukrywanie kilkunastoletniej Fejgi Dusiackiej, wileńskiej Żydówki.

Polsko-żydowska przyjaźń

Leokadia Chaninowicz do dzisiaj mieszka w rodzinnym domu, nieopodal lasu, na skraju wsi. Zbudowany w 1920 roku przez tatę Ignacego dom służył trzem pokoleniom. Dzisiaj pani Leokadia mieszka w nim tylko w sezonie letnim, na zimę zaś przenosi się do syna Tadeusza. - Zimą mamie trudno byłoby z ogrzewaniem, a i nam gorzej do niej dojeżdżać, więc zabieramy ją do siebie, my mamy mieszkanie w blokach w Wojdatach - tłumaczy synowa Maryna. Właśnie ona wraz z córką Marzeną Romanowską zajęły się główną pracą podczas dokumentowania wojennej historii Bujelów.


Zaczęło się natomiast od... przyjaźni z żydowską rodziną. Przed wojną Katarzyna i Ignacy Bujelowie dobrze się znali z rodzicami Fejgi: Asną i Alterem Dusiackimi. Teraz więź tę utrzymuje wnuk Bujelów - Tadeusz i żona Maryna Chaninowiczowie przyjaźnią się z rodziną córki Fejgi: Anną i Aleksandrem Kapłanami.

- Mój tato dobrze znał Dusiackich. Przed wojną prowadzili oni w Wilnie sklep, a do nas przyjeżdżali m. in. po towar: mięso i nabiał. Dusiaccy mieli czworo dzieci: Gita, Henek (Henoch), Fania (Fejga), Perinka (Perła), z których troje najmłodszych przyjeżdżało do nas na letnie wakacje. Nas - dzieci - w domu rosło sześcioro: Janina, Albertyna, Józef, Irena, ja - Leokadia - i najmłodsza Krystyna. Był wtedy cudowny czas beztroski, który został przerwany wraz z rozpoczęciem wojny - wspomina pani Leokadia.

Po latach, przyjaźń została wznowiona już w drugim pokoleniu. Odkąd Litwa odzyskała niepodległość i granice stanęły otworem dla gości z zachodniej granicy, na Wileńszczyznę przybyła córka Fejgi Anna wraz z mężem Aleksandrem Kapłanem. Przyjechali z Paryża, gdzie mieszkają na stałe.

- Anna opowiadała, że jej mama bardzo boleśnie przeżywała wspomnienia z czasów wojny. W rodzinie znana była historia o tym, jak polska rodzina, ryzykując własnym życiem, uratowała ją, ale nic poza tym. Dopiero po śmierci Fejgi jej córki znalazły zapisaną w starym notesie kartkę ze słowami: Ignacy i Katarzyna Bujel, Wojdaty. Według tych danych postanowiono odszukać rodzinę Bujelów. To było gdzieś trzy lata temu, kiedy Anna i Aleksander Kapłanowie odwiedzili Wilno. Byli w Ponarach i zajechali do Wojdat. Tutaj wypytali u ludzi pod kościołem, gdzie mieszkali Bujelowie, i przyjechali do naszej mamy - opowiada synowa Maryna Chaninowicz, dodając, że od tego czasu rodzina Anny zaczęła starania o przyznanie nagrody dla Bujelów.

Piec ratunku

Jak wspomina Leokadia Chaninowicz, rodzina Dusiackich jeszcze przed wojną została rozdzielona. Ojciec z córką Gitą był za granicą, gdy rozpoczęła się wojna. Henek zaciągnął się do partyzantki. W domu pozostawała mama z córkami - Fejgą i Perłą. Zostały umieszczone w getcie, a w 1943 roku w lutym wspólnie z innymi Żydami wywieziono ich do Ponar. Podczas mordu, kula jakimś cudem ominęła Fejgę, która wraz z ciałami innych zamordowanych wpadła do dołu. Późną nocą odważyła się na opuszczenie lasu i uciekła do najbliższej wsi - Wojdat, wszak tutaj miała znajomych.

- Tego dnia było wesele mojej najstarszej siostry. Wieczorem goście się rozeszli, młodzi wyjechali do siebie, u nas została najbliższa rodzina, a także cała rodzina mego stryja. Późno już było, gdy mama usłyszała, że ktoś się szamocze z drzwiami. Otwiera i... najpierw nie poznała naszej Fani. Była cała wybrudzona, zakrwawiona, ze strachu nie mogła nic powiedzieć. Cudem uniknęła śmierci w Ponarach, ale też cudem trafiła do nas, przecież we wsi pełno było litewskiej policji. Mama chwyciła ją rozbierać i myć, gdy do drzwi zastukali policjanci. Tato poszedł zapytać, kto, a mama owinęła ją w prześcieradło, położyła na piec, na nią zarzuciła poduszki, potem na to kazała położyć się mnie z siostrą i udawać, że śpimy... - pani Leokadia przerywa opowieść. Widać, że wspomnienia dotychczas wywołują mieszane uczucia: strach, rozpacz i świadomość ryzyka. Leokadia miała wówczas 12 lat, jej siostra Krystyna była o trzy lata młodsza, Fania o kilka lat starsza. Gdyby znaleziono ukrywającą się Żydówkę, rozstrzelano by wszystkich kto się znajdował w domu, także rodzinę ojca brata, który o całej historii dowiedział się sporo lat po wojnie.

Jak na beczce z prochem

Ignacy Bujel był świadomy ryzyka, gdy otwierał drzwi policji. Wszyscy w Wojdatach wiedzieli, co się dzieje w pobliskim lesie. Pani Leokadia wspomina, że nocą nie mogli spać od strzałów, a w dzień nie można było wytrzymać od swędu palonych ciał. Każdy wiedział i... był bezradny. Moja rozmówczyni opowiada, że policjanci, wysługujący się nazistom, czuli się panami. Zdarzały się przypadki, że zastrzelili kogoś ze wsi, ot tak sobie, bez powodu i pozostawali nieukarani. Pewnego razu ktoś zastrzelił niemieckiego oficera, to w odwecie policja strzelała do ludzi po wsi, nie zważając, czy dziecko, czy starzec. W końcu podpalili połowę wsi. Żyło się jak na beczce z prochem. Co dopiero mówić, gdy w środku nocy, wtargnęli do domu w poszukiwaniu ukrywających się Żydów.


 
- Tato zaczął tłumaczyć policjantom, że mieliśmy wesele starszej córki, i zapraszać do poczęstunku. Funkcjonariusze jednak najpierw przeszukali dom. Zajrzeli do wszystkich pomieszczeń: na strych, do piwnicy, do zabudowań gospodarczych. Ostatecznie pytają o piec, a mama mówi, że tam śpią dzieci. Wtedy jeden z nich odsłonił firankę i chwycił mnie za nogę. Zaczęłam płakać i skarżyć się mamie. Zostawiono nas w spokoju... A przecież takim samym sposobem mógł chwycić za nogę Fanię, mógł zacząć przeszukiwać, czy wśród poduszek nikogo więcej nie ma. W końcu policjanci wypili z ojcem weselnej wódki. Jeszcze im na drogę tato dał butelkę, a mama naszykowała zakąskę. A my, trzy dziewczyny, tak i przeleżałyśmy do rana na piecu - kończy opowieść pani Leokadia. Zaznacza przy tym, że wszyscy teraz dopytują o "zbawienny" piec, a ten został wyburzony przy rozbudowie domu.

W domu - żołnierska kancelaria

Dopiero rano gospodyni Katarzyna Bujel zajęła się młodą uciekinierką. Umyła ją, przebrała w ubrania córek, nakarmiła. Dziewczyna, z powodu przeżytego szoku, kilka dni nic nie mówiła. Pani Katarzyna poiła ją ziołami. Krótko była u Bujelów, 4-5 dni, ponieważ wiedziała, że w Wojdatach ukrywać się było niebezpiecznie. W końcu Ignacy Bujel zawiózł ją do Połuknia i, wskazując na drogę do Polski, radził: "Trzymaj się tej drogi. Jeśli uciekniesz do Polski, to masz szanse na przeżycie, tutaj zginiesz".

- To chyba było sądzone, że Fejga musiała żyć. Do Polski nie udało się jej od razu trafić. Złapano ją, wróciła do getta, skąd uciekła. Jakiś czas chroniła się u partyzantów, potem udało się wyjechać do Polski. Tam pracowała u rolników. W końcu jednak została schwytana i osadzona w obozie, najpierw w Stutthofie, potem nieopodal Poznania - opowiada Leokadia Chaninowicz. Fejga w obozie poznała swego przyszłego męża Zukena Borucha Dobieckiego. Po zakończeniu wojny zamieszkała najpierw w Warszawie, jednak w latach 70. wyemigrowała do Szwecji, gdzie mieszkała do końca życia.

Tak się składa, że dom Bujelów przypadł do gustu niemieckim żołnierzom, którzy urządzili w nim kancelarię. Było to jakiś czas po przechowaniu Fejgi. Rodzina - na ten czas 5-osobowa - musiała zadowolić się jednym pokojem.

- Dlaczego wybrali akurat nasz dom, tego nie wiem. Może dlatego, że rodzice byli pracowitymi, porządnymi ludźmi, mama wszystko utrzymywała w czystości. Przed wojną prowadzili gospodarkę, uprawiali 6 ha ziemi. Dzieci nauczyli szacunku i pracowitości. Wojnę przeżyliśmy wszyscy, choć ciężko było. Gdy przyszli Sowieci, to też spodobał się im nasz dom i też urządzili w nim kancelarię - wspominała pani Leokadia.

Po wojnie...

Historię ukrywania Fejgi, opowiadano tylko w rodzinie. Po wojnie, jak wspomina pani Leokadia, Fania odwiedziła dom Bujelów. Chciała się dowiedzieć, czy udało się im przeżyć wojnę. Potem jeszcze trzy razy odwiedzała ten zakątek Wileńszczyzny, nieopodal którego snem wiecznym zasnęły jej mama i siostra.


Z kolei Leokadia Bujelówna wyszła za mąż za Stanisława Chaninowicza, urodziła dwóch synów - Tadeusza i Stanisława (który zginął śmiercią tragiczną). Opiekowała się rodzicami, bo mieszkała w ojcowskim domu. Jej synowa Maryna wspomina, że odkąd weszła do rodziny, słyszała o Fejdze, choć o szczegóły nigdy się nie dopytywała. Wiedziała, że to bolesny temat. Gdy Anna i Aleksander Kapłanowie przyjechali do Wojdat i zaczęli starania o przyznanie odznaki dla Katarzyny i Ignacego Bujelów, wtedy dopiero zaczęto zbierać i dokumentować rodzinne wspomnienia.

- Córkom Fejgi zależało bardzo na wdzięczności naszej rodzinie. To one złożyły wniosek do Narodowego Muzeum Gaona w Wilnie z prośbą o przyznanie od władz Litwy Krzyża za Ratowanie Życia. Było to w roku 2015, wtedy nasza mama Leokadia i jej siostra Krystyna odebrały w imieniu rodziców tę odznakę z rąk prezydent Litwy. Teraz medal i tytuł "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata" przyznał Izrael - opowiada Maryna Chaninowicz.

Dzisiaj potomkowie obu rodzin kontaktują ze sobą, przyjaźnią się i odwiedzają nawzajem. Natomiast Maryna i Tadeusz Chaninowiczowie mają pewne postanowienie: zamierzają odwiedzić Izrael, żeby m.in. przejść się Aleją Pamięci Jad Waszem i tam podziękować Bogu za opiekę nad rodziną i za dziadków, którzy, mimo panującego podczas wojny okrucieństwa, potrafili wyciągnąć pomocną dłoń do bezbronnych i zaszczepić u dzieci szacunek do bliźniego. 


Na zdjęciach: pani Leokadia z medalem; ten skromny dom był świadkiem bohaterstwa gospodarzy; synowa Maryna pokazuje zdjęcie z uroczystości w prezydenturze
Fot. autorka