Teatr na cmentarzu


Fot. dramosteatras.lt/Donatas Stankevičius
Recenzja spektaklu „Getto” w reż. Gintarasa Varnasa z Narodowego Teatru Dramatycznego w Kownie
W przededniu obchodów 75. rocznicy likwidacji wileńskiego getta oraz obchodów Dnia Zagłady Żydów Litwy w Narodowym Teatrze Dramatycznym w Kownie odbyła się premiera spektaklu „Getto” w reżyserii Gintarasa Varnasa. Sztukę Joshui Sobola opowiadającą o teatrze w getcie litewski artysta potraktował jako punkt wyjścia do oskarżenia własnego narodu o współudział w Holokauście. W jego strzale zabrakło jednak siły rażenia.

Autor sztuki Joshua Sobol urodził się w 1939 roku w Tel Mondzie na terenie dzisiejszego Izraela, toteż historię Zagłady mógł znać jedynie z lektur i opowiadań. Dość długo zresztą nie pociągała ona artysty, odsuwał ją od siebie najdalej jak tylko mógł. Aż któregoś dnia, zupełnym przypadkiem, zobaczył wyblakły napis w wileńskim getcie: „Urządzanie teatru na cmentarzu zabronione”. W ten sposób trafił na ślad teatru, który naprawdę działał na terenie wileńskiego getta. Zaczął studiować archiwa i pamiętniki, szukał świadków zdarzeń, zbierał materiały, nie planując nawet, że posłużą mu one do napisania sztuki teatralnej. Jednak w 1983 roku światło ujrzało „Getto”, pierwsza część tryptyku opartego na autentycznych wydarzeniach w wileńskim getcie.

Prapremierę sztuka miała w 1984 roku w Izraelu, gdzie przyjęta została dosyć chłodno. Na Litwie po raz pierwszy wyreżyserował ją Jonas Vaitkus w 1990 roku. Stała się znana większej publiczności sześć lat później dzięki filmowej adaptacji Audriusa Juzėnasa. Reżyser opowiedział w niej przede wszystkim historię żydowskiej śpiewaczki Chai, którą interesuje się młody esesman Bruno Kittel sprawujący, nadzór nad wileńskim gettem. Tłem dla ich relacji są z jednej strony akcje eksterminacji, a z drugiej pełna woli życia żydowska społeczność, która za murami tworzy własny teatr.

W kowieńskim spektaklu reżyser Gintaras Varnas idzie o krok dalej. Razem ze współautorką adaptacji Daivą Čepauskaitė uzupełnia tekst Sobola fragmentami autentycznych wspomnień osób, które uwięzione były w wileńskim getcie. Jak refren powraca w nich motyw Litwinów współpracujących z nazistami. Sam wątek kolaboracji w litewskim teatrze pojawił się już kilka lat temu za sprawą Yany Ross, która na scenie Litewskiego Narodowego Teatru Dramatycznego w Wilnie wystawiła sztukę Tadeusza Słobodzianka „Nasza klasa” – przedstawioną w formie czternastu lekcji opowieść o polsko-żydowskiej grupie szkolnych przyjaciół, których tragiczne wydarzenia historii XX wieku stawiają przed trudnymi wyborami, rozbudzając w nich wzajemną nienawiść, antysemityzm i zdolność do popełniania zbrodni. Spektakl wywołał dyskusje, jednak pozwolił zachować pewien dystans – wszak jego bohaterami byli sąsiedzi – Polacy. Teraz jest trudniej: na scenie pojawiają się członkowie litewskich formacji z białymi opaskami na przedramionach, którzy wprost opowiadają o swojej współpracy z Niemcami.


Fot. dramosteatras.lt/Donatas Stankevičius

Mocny jest już sam początek spektaklu, kiedy przed kurtyną staje szef litewskiej policji kapitan Audronis (Tomas Erbrėderis) i głośno, zdecydowanie, „po żołniersku” mówi o różnicach rasowych oraz przewinieniach narodu żydowskiego. Antysemicką wymowę jego monologu podkreśla dodatkowo zestawienie na równi z Niemcami Litwinów, którzy od samego początku przedstawienia traktowani są jako sprzymierzeńcy oprawców. Za każdym razem jednak obecni są albo w świadectwach wypowiadanych przez świadków zdarzeń, albo we własnym gronie, nigdy natomiast w interakcji z przedstawicielami innych narodowości. Tę ich osobność uwypukla także groteskowa atmosfera scen, w których pijani żołdacy przechwalają się swoimi coraz to podlejszymi dokonaniami. Są mali i śmieszni, nie budzą grozy, a co najwyżej niesmak, przez co trudno potraktować ich poważnie. Reżyser zdecydował się nakreślić ich grubą kreską, pokazując jednowymiarowo jako chamskich, bezmyślnych głupców.

Nieco więcej barw otrzymały postaci należące do żydowskiej społeczności. One przede wszystkim działają, bowiem walcząc o przetrwanie, muszą dokonywać indywidualnych wyborów. Ich decyzje dotyczą jednak nie tylko ich samych, a konsekwencje ponoszą również inni. I nikt tu nie jest jednoznacznie sprawiedliwy, wszyscy są w jakimś stopniu winni. Artystka Chaja (Jovita Jankelaitytė), obdarzana afektem przez Kittela (Mantas Zemleckas) odrzuca go i ucieka do lasu, do partyzantów, czym jednocześnie naraża swoich kolegów z teatru na tragiczny w skutkach gniew esesmana. Szef żydowskiej policji Jakub Gens (Sigitas Šidlauskas) stara się ocalić jak najwięcej osób, choć jego rola w dużym stopniu sprowadza się do skazywania ludzi na śmierć. Krawiec Weiskopf (Liubomiras Laucevičius) dogaduje się z Niemcami i rozkręca w getcie fabrykę szycia mundurów, która może dać pracę, a tym samym ocalenie wielu Żydom, jednak z przyczyn ekonomicznych próbuje zredukować liczbę pracowników do niezbędnego minimum. Wreszcie Herman Kruk (Dainius Svobonas), bibliotekarz i kronikarz wileńskiego getta, postać autentyczna (podobnie zresztą jak część pozostałych bohaterów, w tym Kittel i Gens), której zawdzięczamy obszerne relacje z tamtych czasów, nie idzie na ugodę z Niemcami, a jednocześnie krytykuje żydowskich aktorów i muzyków za to, że chcą grać.


Fot. dramosteatras.lt/Donatas Stankevičius

„To nie czas myśleć o teatrze, kiedy w Ponarach giną tysiące Żydów” – mówi głosem brzuchomówcy Srulika (Gytis Ivanauskas) lalka. A jednak ludzie chcą żyć: nie tylko po prostu egzystować, lecz także śpiewać, tańczyć i bawić się, aby choć na chwilę zapomnieć o otaczającym ich cierpieniu. Artyści chcą także pracować, dlatego z pozoru szalony pomysł stworzenia w getcie teatru okazuje się sukcesem. W spektaklu Varnasa sceny z występów żydowskich aktorów są jedynymi jasnymi punktami, w których bohaterowie mogą choć na chwilę odetchnąć. Dla widza jednak śpiewane przez nich piosenki – szczególnie że część z nich to autentyczne utwory wykonywane w getcie – są smutnym krzykiem rozpaczy, pełną żałości skargą na okrutny los i wyrazem tęsknoty za utraconą wolnością i ukochanym miastem – Vilne.

A jednak ten właśnie śpiew uświadamia mi, dlaczego mimo swojego tematu spektakl mną nie wstrząsa. Podczas premiery na miejscu przede mną siedział ambasador Izraela, który w pewnym momencie zaczął cicho nucić piosenkę w jidysz razem z aktorką śpiewającą na scenie. Znał tekst prawdopodobnie dlatego, że to część jego dziedzictwa, które dla mnie jest czymś obcym, być może wypartym. Jako widz jej pozbawiony, nie otrzymuję w tym spektaklu niemal niczego, co pomogłoby mi emocjonalnie dotknąć tej tragedii. Są tu bowiem głównie słowa – i choć są to słowa prawdy, w spektaklu opartym w założeniu na motywie „teatru w teatrze” właśnie tego teatru najbardziej brakuje.

Jeden z recenzentów po premierze „Getta” w Teatrze w Poznaniu napisał, że „tragedii ludzkiej nie da się opowiedzieć, trzeba znaleźć ekwiwalenty teatralne, by widz choć przez chwilę jej doświadczył”. Spektakl Varnasa nadmiernie ufa słowu i sile wstrząsającej opowieści – z ogromną szkodą dla całości, ponieważ tekst Sobola nie posiada szczególnych walorów artystycznych. Podsuwa ważne i nieoczywiste tematy, takie jak odpowiedzialność za ludzkie życie, moralne wybory czy dwuznaczność postaw artystów, ale wymaga od reżysera nie tylko ogromnej wrażliwości, lecz także teatralnej wyobraźni, która wypełni dłużyzny, wzmocni konflikty dramatyczne pomiędzy bohaterami, a przy tym nie osunie całości w musicalowy banał. W kowieńskim „Getcie” jest tylko jedna taka scena: Jakub Gens liczy dzieci w żydowskich rodzinach – jeśli jest ich więcej niż dwoje, odłącza je od rodziców i skazuje na wywózkę. W muzyczno-choreograficznym epizodzie Gens stoi na środku i powtarza jak mantrę: matka, ojciec, dziecko, dziecko; w tle aktorzy przechodzą, trzymając za ręce drewnianej lalki, które następnie podwieszają na hakach na stalowej konstrukcji – lalki przeciągane są następnie na drugą stronę niczym w rzeźni, na koniec spadając bezlitośnie na ziemię. Okrutny i mocny, wstrząsający swoją bezduszną automatycznością obraz jest w całym spektaklu chyba najbardziej przejmującym momentem – chciałoby się, aby było ich tu jeszcze więcej.


Fot. dramosteatras.lt/Donatas Stankevičius

Zamiast tego otrzymujemy subtelnie oświetloną scenę pokrytą gdzieś z tyłu starymi łachmanami (scenografia Gintaras Makarevičius, kostiumy Aleksandra Jacovskytė), którymi zajmują się Żydzi-aktorzy, przekładają je z miejsca na miejsce, jakby to była jedyna rzecz, którą naprawdę posiadają. Nieco więcej ma bibliotekarz – stosy jego książek są hiperrealistycznie wysokie, zawieszone nad ziemią olbrzymie tomy suszą się po zalaniu. Do tego dochodzi liryczna muzyka oparta na żydowskich motywach (Anatolijus Šenderovas). To wszystko razem tworzy jednak czarno-szary obrazek, który w jakiś stereotypowy, nieco sztuczny sposób oddaje klimat zapuszczonego, zniszczonego wnętrza. Tym bardziej że stroje, w których wystepują aktorzy, wydają się całkiem porządne i poza ich kolorystyką nic nie świadczy o nędzy ich posiadaczy. Sami aktorzy, z wyjątkiem scen z Litwinami, starają sie nadać swoim postaciom więcej barw i wielowymiarowości. Na uwagę zagługują szczególnie Mantas Zemleckas jako esesman – bezduszny zbrodniarz wrażliwy na piekno muzyki, Jovita Jankelaitytė – nieco pasywna dziewczyna, która swój charakter wyraża za pomocą śpiewu oraz Sigitas Šidlauskas, którego policjant próbuje udźwignąć ciężar odpowiedzialności za życie rodaków.   

Mimo zastrzeżeń „Getto” zobaczyć warto – mówi ono bowiem wiele o sprawach, które przez lata zamiatane były pod dywan i choć ostatnio trochę się w tym kierunku zmienia, tematy współodpowiedzialności Litwinów za zbrodnie Holokaustu czy życia w wileńskim getcie wciąż są słabo rozpoznane społecznie. Brakuje przede wszystkich pokornych, ale też rozsądnych głosów w tej sprawie – takich, które uniknęłyby błędów popełnionych chociażby przez Rūtę Vanagaitė, która co prawda nagłośniła temat, wynosząc go poza pracownie historyków i archiwistów, zrobiła to jednak tak, że opinia publiczna oskarżenia w znacznym stopniu odrzuciła. Ale kropla drąży skałę i dlatego takie przedstawienia są na Litwie bardzo potrzebne.