W obronie szkół: Huzarzy koło metra


Huzarzy z epoki Rzeczypospolitej Obojga Narodów na pikiecie, fot. E. Wołkanowska/wilnoteka.lt
Typ: 
- None selected -
W Warszawie odbył się happening mający zwrócić uwagę warszawiaków na problemy Polaków mieszkających na Litwie. Podczas tej barwnej imprezy zbierano również podpisy pod petycją w obronie polskich szkół Wileńszczyzny.
„Zastanów się, jak byś się czuł, gdyby u Ciebie szarogęsili się niedawni przybysze, zmieniając urzędowo prawidłowe brzmienie Twojego nazwiska i zakazując twojego języka. Zmieniliby także na obcobrzmiącą nazwę Twojej miejscowości i ulicy, przy której mieszkasz. A gdyby następnie pozbawiono Cię majątku dziadków i rodziców, ofiarowując go nowo przybyłym mieszkańcom? Rodaku, pamiętaj! Tak są traktowani litewscy Polacy przez świeżych przybyszów - litewskich Bałtów”. To fragment ulotki, którą 1 lutego rozdawali warszawiakom członkowie Stowarzyszenia Memoriae Fidelis. Stowarzyszenie zorganizowało w Warszawie trzecią już akcję przeciw dyskryminacji Polaków na Litwie.

Na placu przy wejściu do stacji metra Centrum kilka transparentów, a także flaga litewska, do której kajdankami przypięli się organizatorzy happeningu. „Istnieje zagrożenie, że Litwa stopniowo zlikwiduje możliwość nauczania po polsku w polskich szkołach. Rząd polski mało się tym zajmuje, więc my musimy wychodzić na ulice” - mówi Paweł Żuchowski.

Nieco dalej stoi grupa młodych ludzi z Wilna - studenci i absolwenci polskich uczelni. „Straszne, to jest jawna prowokacja Litwinów. Co za żenada...” - bulwersuje się Emilia. „Bardzo przeżywam postępowanie rządu względem instytucji szkół polskich, ponieważ dotyczy mnie to jako osoby po szkole polskiej, córki pedagoga, pewnie przyszłej matki, która zapewne chciałaby, by jej dzieci edukowały się w takiej samej szkole jak ich matka, dziadkowie i pradziadkowie. Jednak generalizowanie i stawianie zarzutów Litwinom jako całości nastawionej negatywnie względem mniejszości Polaków mija się z moim doświadczeniem osobistym. Dlaczego nie stosujemy formy dialogu? Przecież agresja nasila agresję?” - dziwi się Agnieszka Streła, studentka socjologii.

Tuż po godzinie 17.00 na zatłoczonym placu pojawiają się dwaj huzarzy na koniach. „Przybyła odsiecz wileńska!” - cieszy się Aleksander Szycht, prezes Memoriae Fidelis. Po chwili dołącza do nich również konno - szlachcic i szlachcianka. „Za czasów I Rzeczpospolitej Litwa i Polska były jednym państwem. Pojawiliśmy się, aby przypomnieć, że kiedyś razem toczyliśmy wojny i pilnowaliśmy swoich granic. Szykany w stylu Łukaszenki niszczą ten cały mit braterstwa, wspólnoty broni i kultury” - przekonuje z wierzchowca Przemysław Pawłowski, ubrany w strój szlachecki. Konie wzbudzają też największe zaciekawienie przechodniów. Rodzice robią przy nich zdjęcia swoim dzieciom, odważniejsi próbują pogłaskać.

„Wprawdzie pochodzę z Ostrołęki, ale mieszkając w akademiku, poznałem dużo ludzi z Litwy i szczerze popieram ten protest. Oficjalnie mówi się, że mamy okres ocieplenia stosunków polsko-litewskich, ale tak naprawdę nie znamy codziennych problemów everymenów z Wileńszczyzny” - mówi Marcin Eller, pracownik działu HR w dużej korporacji, który przygląda się akcji.

Organizatorzy zachęcali do skandowania haseł: „Wilno-Warszawa, wspólna sprawa!” czy „Język polski w polskich szkołach!”. „Można bardzo prosto rozwiązać te problemy. Wystarczy odciąć Litwie prąd na tydzień” - komentuje to Kamil z Białegostoku. „W taki sposób nie robi się polityki międzynarodowej! Faktycznie, dzieci może uczyłyby się po polsku, ale ile by było w nich nienawiści. Z Litwinami trzeba współpracować, a nie wyłączać im prąd na tydzień” - oburza się Karina z Wilna. „Więc na dwa tygodnie” - mówi Kamil.

Przez plac przechodziły tłumy warszawiaków zmierzających do metra lub wychodzących z niego. Niektórzy przystawali na chwilę, inni ignorowali happening, niektórzy brali ulotki. Przed 18.00 uczestnicy pikiety przeszli kilka razy plac dookoła. „Świetna akcja! Wilniuki mieszkający w Polsce mają prawo wyrażać swoje poglądy. Nikt nie skanduje wrogich haseł, nie ma w ogóle wrogo nastawionych ludzi, no, poza husarią, ale ona i tak nie ma mieczy...” - mówi Mirosław Ciunowicz, pracujący w warszawskiej organizacji pozarządowej.

„Wiele słów, które zapadły w czasie demonstracji, wzbudziło zdumienie, ponieważ brzmiały jak atak na Litwinów, nie na rząd. Władze Litwy popełniły kolosalny błąd, ponieważ zamiast stawiać na wielokulturowość państwa, zaczęły prowadzić politykę, która przerodziła się w jeden duży konflikt, którego początku ani sensu zapewne większość nie jest w stanie się doszukać. Ale ludzie nastawieni negatywnie trafiają się zarówno wśród Litwinów, jak i wśród przedstawicieli mniejszości narodowych” - komentuje happening Agnieszka Streła.

Kolejna manifestacja odbędzie się 16 lutego o godzinie 18.00 pod Ambasadą Litwy w Warszawie (Aleje Ujazdowskie 14).

Na podstawie: Korespondencja własna z Warszawy

Komentarze

#1 Panie Kmicic, zapewniam, że

Panie Kmicic, zapewniam, że rozmawiałam z kilkunastoma osobami podczas pikiety i oddałam nastroje, które wczoraj tam panowały. Rzeczywiście, niektórzy wypowiadali się sceptycznie wobec akcji, a inni całym sercem ją popierali. Wydaje mi się jednak, że zarówno jedni, jak i drudzy mają prawo być dopuszczeni do głosu.

Sposób wyświetlania komentarzy

Wybierz preferowany sposób wyświetlania komentarzy i kliknij "Zachowaj ustawienia", by wprowadzić zmiany.