Wilno TO-MMA-Klawo…, czyli rzecz o komunikacji miejskiej (2)

Arbon to, Arbon tamto, Arbon siamto…. Ileż to razy wilnianie słyszeli tę nazwę w ciągu całego roku 1931. Arbon to coś, co miało być panaceum na rozwiązanie problemów komunikacji miejskiej w Wilnie. Sprawa jej ustanowienia z pomocą szwajcarskiej firmy miała wiele wątków. Zapraszamy na drugą część opowieści, która choć nie dotyczy całości zagadnienia, to objaśnia okoliczności, w jakich zaczęły kursować pierwsze regularne wileńskie linie autobusowe.
TOMMAK zapowiedział w ogłoszeniu prasowym, że 1 stycznia 1932 roku na ulice Wilna wyjedzie 21 autobusów obsługujących 4 linie i tak się stało. Pierwsza ocena był entuzjastyczna: „Wprost z rozkoszą powitaliśmy w dniu Nowego Roku eleganckie wozy „Arbon”, przywracające naszemu Wilenku europejski wygląd […]. Okropne budy, którymi jeździła Spółdzielnia, degradowały Wilno na poziom jakiejś Mejszagoły, nie mówiąc już o tym, że te budy były pełne pcheł, trzęsły jak sto nieszczęść, posiadały często grubiańską i niechlujnie wyglądającą obsługę i w ogóle było dziwne, że Wilno tak długo cierpiało podobny skandal”.

Zaraz jednak dodano, że nowych autobusów jest za mało i trzeba na nie bardzo długo czekać. Najgorszy był jednak: „(...) straszny wprost FETOR, który te omnibusy wydzielały. Już nawet teraz, zimą, w czasie kilkunastostopniowego mrozu, ulice, po których Arbon przebiega, śmierdzą jak zakopcony primus. Co będzie latem, gdyby ten stan miał przetrwać. Znamy komunikację we wszystkich prawie stolicach europejskich, ale nigdzie nie ma podobnie obrzydliwego fetoru. Miejmy nadzieję, że w tej sprawie głos zabiorą lekarze-higieniści naszego miasta”.

Już trzeciego dnia kursowania zdarzył się wypadek. Kierowca rozpędzonego autobusu, jadąc w pobliżu ratusza, wpadł w poślizg i stracił panowanie nad maszyną. Autobus staranował troje sań stojących na postoju, ale na szczęście nie wbił się w ścianę ratusza. Wewnątrz pojazdu wynikła panika, ale obyło się bez obrażeń pasażerów. Na postoju sań również nikt nie ucierpiał, gdyż wszyscy zdążyli odbiec. Autobusy budziły ogólny zachwyt swoim wyglądem. Szczególnie wieczorami, kiedy przemykały ulicami, świecąc mocnymi reflektorami. Obrazu nowoczesności dodawało oświetlenie wewnętrzne.

Wileńskie Saurery były pomalowane na popielato od dołu do połowy wysokości, a na górze na szaro-żółto. Wzdłuż całego pojazdu biegł czerwony szlaczek z białym napisem: Komunikacja Miejska. Na dachu znajdowała się skrzynka z podświetlonym na zielono numerem. Podobnie podświetlona była szklana tablica z nazwą końcowych przystanków. Autobusy były bardzo duże i ciężkie w stosunku do wszelkich pojazdów, jakie się dotąd po Wilnie poruszały. Ludzie pogodzili się z potwornym hałasem silników i trzęsieniem, ale nie mogli znieść kłębów smrodliwego dymu, jaki się wydobywał z rur wydechowych, które w pierwszych wileńskich Saurerach miały wylot wyciągnięty wysoko do góry. Firma uspokajała, że to zjawisko czasowe i niebawem zostanie to poprawione. Ludzie wzdychali z nadzieją: „Obyż tak było istotnie - inaczej bowiem wypadnie nam chodzić po ulicach miasta chyba w maskach przeciwgazowych”.


Piąta linia nie ruszyła zgodnie z zapowiedzią 3 stycznia, gdyż nie dotarły kolejne wozy. Magistrat, reagując na zgłaszane „nieprawidłowości” w kursowaniu, zwołał naradę z dyrekcją TOMMAK-u. Obiecano, że wszystko się poprawi lada dzień, kiedy nadejdą nowe pojazdy. Dyrektor zapewniał, że gdy będą 32 autobusy, częstotliwość kursowania będzie zgodna z umową. W połowie stycznia autobusów jednak nadal nie było i dyrekcja TOMMAK-u zaczęła oszukiwać. Kierowcom wydano polecenie, aby nie dojeżdżały do końcowych przystanków, lecz zawracały w połowie drogi. W ten sposób w centrum częstotliwość została zwiększona. Oburzeni pasażerowie, głównie ze Zwierzyńca, ale i innych dzielnic poskarżyli się prasie na ten chytry wybieg.

Cała seria skarg dotyczyła nieodpowiedniego wnętrza Saurerów. Najgorzej było ze zbyt wysoko umieszczonym schodkiem, co powodowało wiele upadków podczas wsiadania i wysiadania. Zgromadzone skargi przedłożono kierownictwu spółki. Na początku lutego z Warszawy do Wilna przyjechała delegacja w osobach konstruktorów: Stanisława Fragmana i inżynierów Funka i Carra. Mieli oni na miejscu stwierdzić, czy faktycznie konstrukcja nadwozia ma wady. Inżynier Carr, który wraz z kilkoma osobami z kierownictwa wileńskiego testował jazdę po mieście, podczas jednego z kursów… złamał nogę przy wysiadaniu. Sprawa się wyjaśniła się sama i nikt już nie dyskutował na temat konieczności przeróbki stopni.

TOMMAK potrafił zadbać o wizerunek. Zwołano natychmiast konferencję prasową, na której dyrektor Tarło zapowiedział przeróbkę „stopni wchodowych” przez dodanie „dodatkowych stopieńki”, dzięki czemu usunie się przeszkodę tak dającą się we znaki „niewiastom i osobom starszym”. Na pytania o śmierdzące paliwo, odpowiadano, że kończy się faza prób z olejem gazowym, który na stałe zastąpić miał te używane dotąd. Nadmierne dymienie uzasadniono niedoświadczeniem kierowców, których obiecano dodatkowo przeszkolić w manewrowaniu przyspieszeniem, sprzęgłem i skrzynią biegów. Zapowiedziano jednak rewizję cen biletów, co oznaczało ni mniej ni więcej ich podwyżkę. Na twarzach widać było jednakże lepszy humor szefów firmy, gdyż do Wilna nadeszła w tym czasie kolejna partia autobusów.

Dziennikarzy zaproszono po konferencji na zwiedzenie garażu na Legionowej. Budynek nie był jeszcze ukończony, ale z dumą prezentowano rozmach i nowoczesność. Następnego dnia na placu Katedralnym TOMMAK zorganizował uroczystość poświęcenia nowych autobusów. Zaproszono na nią oprócz miejscowych grupę dziennikarzy z Warszawy. Przyjezdni redaktorzy, niezaznajomieni z kłopotami, zrobili spółce wspaniałe publicity, opierając się na powierzchownej obserwacji i dobrym przyjęciu. Stołeczny „Tygodnik Illustrowany” donosił z Wilna, że: „z chwilą uruchomienia 45 elegancko karosowanych, ogrzewanych i rzęsiście oświetlonych Saurerów, Wilno pozyskało komunikację najbardziej nowoczesną. Miasto w ten sposób ominęło konieczność inwestowania sieci tramwajowej, kosztownej i niepraktycznej. Takiego postawienia sprawy mogą Wilnu zazdrościć wszystkie wielkie miasta Rzeczpospolitej”.

Szwajcarską spółkę pochwalono równocześnie za zainwestowanie w komunikację 4 milionów złotych, załatwienie kredytów na wyasfaltowanie 30 kilometrów nawierzchni ulic oraz wpłacanie do kasy miasta kwoty 150 tysięcy złotych z dochodów, mimo że były to zaledwie papierowe zobowiązania wynikające z umowy. Cała grupa udała się na konferencję prasową do wojewody Beczkowicza, który wypowiadał się „na ogół optymistycznie” o wpływie szwajcarskiego kapitału na ożywienie gospodarcze w stolicy ziem północno-wschodnich. Czytając taką promocję, ktoś mieszkający daleko od Wilna, oceniał zapewne, że „Wilno to ma klawo!”.  

Uroczystość poświęcenia nowych autobusów firmy TOMMAK w dniu 24 stycznia 1932 roku.
Na zdjęciu ksiądz i dyrektor Jerzy Tarło. 

Dla miejscowej prasy zamieszanie wokół problemów przy rozruchu komunikacji stało się przyczynkiem do innego typu dywagacji. W dniu, w którym wodą święconą pokropiono nowe Saurery, „Ekspress Wileński” opublikował arcyciekawy artykuł będący przykładem dziennikarskiego śledztwa. Idąc po nitce do kłębka, redaktorzy dokonali odkrycia rzucającego ciemne światło na niedawnych samorządowych bohaterów, którzy tak hucznie doprowadzili do końca sprawę rozwiązania komunikacji miejskiej w Wilnie. Ujawniono dokumenty założycielskie spółki TOMMAK, w których - czarno na białym - wśród członków Rady Nadzorczej figurowały nazwiska trzech wileńskich prominentów. Byli to: prezydent miasta Józef Folejewski, kierownik działu samochodowego Dyrekcji Robót Publicznych inżynier Kazimierz Krukowski i dyrektor wileńskiego oddziału Banku Gospodarstwa Krajowego Ludwik Szwykowski. Doniesienia powtórzyły: „Głos Wileński” i „Kurier Wileński”.

Wybuchła afera, która - wyciągnięta na powierzchnię - żywo interesowała wileńskie społeczeństwo. Afery nazywano w tamtych czasach „panamą”, stąd ta z Radą Nadzorczą zyskała miano „Panamy na gumowych kołach”. Józef Folejewski został natychmiast wezwany do wojewody. Prezydent zaprzeczył podanym faktom, tłumacząc się, iż został wpisany na listę bez swojej woli i wiedzy. Oświadczył też, że gotów jest podać się do dymisji. Po rozmowie z wojewodą zmienił jednak zdanie. Przekazał natomiast do prasy list, w którym wyjaśniał jeszcze raz całą sprawę. Podobny list napisał też dyrektor Szwykowski, natomiast Krukowski zniknął gdzieś wówczas z Wilna.

„Słowo” przyznało, że prezydent słusznie wycofał się z gotowości do dymisji, skoro nie popełnił żadnego błędu, zostając w sprawę wmanewrowany. „Kurier Wileński” uznał wyjaśnienia za niewystarczające i drążył sprawę dalej. Folejewski rozpoczął wtedy wojnę z redakcją, grożąc gazecie procesem. „Kurier Wileński” zdziwiony atakiem, zadał pytanie, dlaczego w takim razie prezydent nie wytoczy procesu spółce TOMMAK, za bezprawne wpisanie go na listę rady? Zgodnie z oczekiwaniami w imieniu TOMMAK-u głos zabrał dyrektor Jerzy Tarło. Wystosował pismo do prezydenta Folejewskiego, w którym poinformował, że trzej wymienieni panowie faktycznie zostali wpisani bez wcześniejszego porozumienia. Przeprosił też prezydenta za zaistniałe nieporozumienie i wynikające z tego faktu nieprzyjemności.

Dziennikarze zastanawiali się natomiast, jak to się stało, że od listopada, kiedy wraz z powstaniem spółki utworzono Radę Nadzorczą, przez dwa miesiące, nikt nie powiadomił trójki zainteresowanych o wyróżnieniu, jakie ich spotkało. Tarło tłumaczył, że o sprawie chciał ich powiadomić przy okazji uroczystości poświęcenia nowych autobusów. Takie wyjaśnienia nazwano niedorzecznymi, niepoważnymi i wręcz śmiesznymi. Dodawano, że nie słyszano dotąd nigdy o przypadku, aby szanująca się firma, obracająca dużym majątkiem, powoływała do Rady Nadzorczej jakiekolwiek osoby bez ich wiedzy. Tym bardziej kogoś, kto stoi na czele instytucji - organu kontrolującego podmiot.

Napisano, że TOMMAK wyrządził prezydentowi „ciężką krzywdę”, stawiając go w sytuacji, w której jako reprezentant władzy „nie wiedział, iż ma władzę”. Sprawa była w ocenie prasy jedną wielką kpiną ze społeczeństwa, a dotychczasowa wymiana listów niczego nie załatwiała. Domagano się dogłębnego wyjaśnienia całej afery. Na kilka tygodni zapadło jednal milczenie, a sprawa toczyła się w zaciszu gabinetów i unikano kontaktów z prasą. Rada Miasta powołała komisję radziecką, która całościowo miała zbadać wszystkie widoczne gołym okiem „niedociągnięcia w komunikacji autobusowej”. W połowie lutego TOMMAK nadal nie miał dostatecznej ilości autobusów (a miało ich być 50), aby komunikacja działała zgodnie z zapowiedziami. Nie poprawiono również konstrukcji eksploatowanych pojazdów. Sprawdzano między innymi, dlaczego przedłuża się budowa garażu i dlaczego są problemy z dymieniem. Doraźnie upoważniono policję, aby zabroniła firmie praktyki porannego rozruchu autobusów na ulicy Legionowej. Olbrzymi hałas i chmury śmierdzącego dymu, jakie czyniło kilka pojazdów przed szóstą rano, oburzały mieszkańców okolicznych domów.

Załoga jednego z autobusów firmy TOMMAK na tle bramy wjazdowej na teren Targów Północnych 

Komisja radziecka przez miesiąc nie wydała żadnego komunikatu, co zaczęło być podejrzane. Tłumaczono, że pracuje skrupulatnie, badając wszystkie elementy funkcjonowania przedsiębiorstwa pod kątem umowy z miastem, łącznie z polityką kadrową, która miała gwarantować zatrudnienie dawnych kierowców Spółdzielni. Wilno straciło w tym czasie prawie całkowicie komunikację zamiejską. Spółdzielnia, która obsługiwała te linie, została - jak pisano - „dorżnięta przez Arbon” i podatki drogowe. Resztki firmy próbowano ratować, pisząc wnioski do wojewody o prolongaty i umorzenia. Urząd Skarbowy był jednak nieugięty i zajął resztki kapitału złożone w banku. TOMMAK natomiast, jakby nigdy nic, posiadając wciąż za mało autobusów, uruchomił kolejne dwie linie z numerem 5 i 6, czego odczuwalnym skutkiem było zmniejszenie częstotliwości kursowania. Podniósł też ceny biletów i… stracił na frekwencji pasażerów.

Szef komisji „arbonowej”, Aleksander Zasztowt, dopiero 17 marca poinformował radnych o wynikach kontroli. Zawężono sprawę do wyjaśnienia zatrudniania kierowców Spółdzielni i cen biletów, co było raportem niewystarczającym. W zagadkowy sposób unikano poważniejszych debat na temat oceny pierwszych miesięcy działalności TOMMAK-u. Kiedy zaczęto badać skład chemiczny gazów z autobusów, spółka natychmiast zlecała swoje własne badania, które oczywiście miały zupełnie inne wyniki.

Czarne chmury gromadzące się nad prezydentem Józefem Folejewskim spotęgowane zostały przez wykrycie poważnej afery w Lombardzie Miejskim. Obciążał go też brak pomysłu na naprawę fatalnych finansów miasta. Niewyjaśniona do końca sprawa członkowstwa w Radzie Nadzorczej TOMMAK-u dopełniła jedynie całości związanej z oceną pracy. Od kwietnia mnożyły się pogłoski o rychłej dymisji Folejewskiego. W czwartek, 14 kwietnia, podczas posiedzenia konwentu seniorów Rady Miasta, prezydent złożył rezygnację z piastowanego stanowiska i jego dymisję przyjęto. 

Miesiąc później, podczas rautu pożegnalnego, spotkali się jego stronnicy. Folejewski zapowiedział, że przechodził do pracy w sądownictwie. Aktor Karol Wyrwicz wygłosił wiersz, który w rymach wyjaśniał powody odejścia i pozytywne strony znalezienia się w nowym miejscu:

„[…] To, że odchodzisz, Miły, Drogi Panie,
Żeś zbrzydził sobie budżet, bruk, Arbony,
Pretensje wszystkich, gazet ujadanie,
Słowem - zło zewsząd - frajdy z żadnej strony,
[…] Lecz teraz idziesz do innej gromady,
Do Sądownictwa - będziesz z drugiej strony,
Jeśli Magistrat z czemś se nie da rady,
Będziesz z innymi mógł być oburzony!
Gdy będziesz czekał kiedy na Arbona,
I w tem czekaniu zejdzie Ci godzinka,
A w domu obiad gotowy ma żona,
I na pieczyste już Ci idzie ślinka,
Wtedy się z niczem możesz niekrępować,
Wtedy się duchem już połączysz z nami,
I wtedy możesz sobie pofolgować
Krzyknąć:
                     Cholera z tymi Arbonami!” 


Józef Folejewski, prezydent Wilna w latach 1929-1932


Ze względu na układ sił w gronie radnych pewnym kandydatem na następcę Folejewskiego był szef sekcji zdrowia Magistratu, doktor Wiktor Maleszewski. Pomimo próby bojkotu jego kandydatury przez opozycję doktor wkrótce objął urząd. Podejmując zagadnienia komunikacji, nowy prezydent zażądał natychmiastowego zakończenia prac „radzieckiej komisji arbonowej”, która zamiast miesiąca guzdrała się już cztery. Efekt był taki, że miasto nie miało materiału, na bazie którego mogło zacząć egzekwować od TOMMAK-u kary pieniężne za niedotrzymanie warunków umowy. 

Maleszewski zlecił też przeprowadzenie badań szkodliwości „odtylcowego gazu arbonu”, jak pisano z ironią o wyziewach Saurerów. Policja została upoważniona do bezwzględnego ścigania kierowców autobusów, którzy jeździli za szybko, nagminnie łamiąc przepisy o ruchu drogowym. Saurery na linii prowadzącej na Antokol pędziły z prędkością 50 km/h zamiast regulaminowych 30. TOMMAK tymczasem pisał do Magistratu memoriały, obiecał obniżkę cen biletów. Zwlekał natomiast z przedłożeniem umowy asekuracyjnej, według której miał brać na siebie skutki wypadków. 

W spółce pracowano nad rozwijaniem linii zamiejscowych, które miały definitywnie usunąć z rynku resztki konkurencji. Do obsługi dalszych tras sprowadzono m.in. dwa duże autobusy turystyczne, po 30 miejsc każdy. Realizując swoje zobowiązanie odnośnie asfaltowania ulic w Wilnie, spółka próbowała załatwić to w ten sposób, że do Magistratu zgłosiła się pewna firma ze Szwajcarii, która gotowa była się tego podjąć. Problem w tym, że szwajcarski oferent nie chciał stawać do żadnego przetargu, który zaproponowały władze miasta. Zanim Magistrat zrobił jakiekolwiek kroki w sprawie spółki, do sądu wpłynął pozew mieszkańców Kolonii Magistrackiej na Antokolu (obszar za Pośpieszką). Właściciele domów skarżyli TOMMAK za niedotrzymanie umowy przedłużenia linii do kolonii, przez co tracili dochody za wynajem letnisk. 

Załoga i autobusy firmy TOMMAK na tle garażu na ul. Legionowej 2  

Koniec pierwszego roku funkcjonowania komunikacji miejskiej TOMMAK-u nie był powodem do dumy, mimo iż przewieziono ponad 5 milionów pasażerów. Pisano, że „sławetny Arbon po rozmaitych historiach z koncesjami, dyrektorami, wstydliwie przechrzcił się na TOMMAK, święcił pierwszy rok pracy w zapowietrzonym przezeń Wilnie”. Oprócz różnych rzeczy „zafundował pyszny kawał z gazami”. Smrodliwe dymy, które wydobywały się z pojazdów, miały być czymś przejściowym, a okazały się stałym mankamentem. Dyrekcja TOMMAK-u wiele energii włożyła w udowodnienie, że dym nie jest szkodliwy, podczas gdy nie była w stanie usunąć tej przypadłości wileńskich Saurerów.

Wciąż obiecano wilnianom, że w następnym roku firma zabierze się z energią za wymianę tłoków, które miały być powodem nieprzyjemnych chmur. Tymczasem poważniejsze sprawy zaprzątały głowy szefostwa. TOMMAK walczył oto z miastem o zmianę umowy. Korzystniejszą dla spółki, rzecz jasna. Wtedy, gdy przyszedł czas na wpłacenie miastu kwoty 150 tysięcy złotych, firma zaproponowała ledwie 5 tysięcy(!). Domagała się również swobody w wyznaczaniu tras poszczególnych linii, ustalaniu samemu częstotliwości kursowania i wolnej ręki odnośnie cen biletów. Jednym słowem, zmieniona miała zostać cała umowa koncesyjna, a spółka zachowywała się jak klasyczny monopolista. Cudowny, kolorowy obraz sławetnego mariażu Wilna z Arbonem zrobił się jakoś bardzo szary...
 


W artykule wykorzystano ikonografię pochodzącą z portali: http://www.bagnowka.com, http://www.eilatgordinlevitan.com, Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, Narodowego Archiwum Cyfrowego, zbiorów Kęstutisa Pletkusa oraz materiałów własnych autora.

Waldemar Wołkanowski (Uniwersytet Opolski)