"Najpiękniejszy koniec świata zdarza się na plaży"


"Apokalipsa" reż. Michał Borczuch, fot. Magda Hueckel nowyteatr.org
Trwający trzy tygodnie I Międzynarodowy Festiwal Teatralny TheATRIUM organizowany przez Teatr Dramatyczny w Kłajpedzie to okazja do obejrzenia najciekawszych spektakli z Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i Wielkiej Brytanii. W miniony weekend publiczność miała okazję zobaczyć "Apokalipsę” w reżyserii Michała Borczucha z warszawskiego Nowego Teatru. Podstawą scenariusza stworzonego przez Tomasza Śpiewaka były dwie ostatnie książki Oriany Fallaci oraz niedokończony projekt literacki i filmowy Piera Paola Pasoliniego "Trylogia śmierci".
Wojnę, zarazę, głód i śmierć mieli sprowadzić na ludzkość czterej jeźdźcy Apokalipsy w dniu sądu ostatecznego. Jeśli dodać do tego ataki terrorystyczne oraz uchodźców, otrzymamy listę najważniejszych problemów, z jakimi boryka się dziś Europa. Stary kontynent sam pogrążony jest w kryzysie, ale w pewnym sensie ponosi też odpowiedzialność za to, co dzieje się w Afryce czy na Bliskim Wschodzie. Europa tonie, często nie dostrzegając wielu czyhających na nią zagrożeń, a ci, którzy ją przed nimi ostrzegali, od dawna nie żyją.

To właśnie oni, ludzie odważni i bezkompromisowi, a jednocześnie kontrowersyjni i wielokrotnie potępiani za swoją działalność, są bohaterami spektaklu Michała Borczucha "Apokalipsa". Włoska dziennikarka Oriana Fallaci, przez jednych uważana za wnikliwą obserwatorkę współczesnej rzeczywistości i jedną z najwybitniejszych publicystek XX wieku, przez innych oskarżana o rasizm; pisarz, scenarzysta i reżyser filmowy sympatyzujący z nurtami lewicowymi Pier Paolo Pasolini; wreszcie pochodzący z RPA fotograf i laureat Nagrody Pulitzera Kevin Carter - wszyscy oni poświęcili całe swoje zawodowe życie na ostrzeganie przed upadkiem, mimo że każde z nich jego przyczyn upatrywało w innym zjawisku. Dla Fallaci był to islam, dla Pasoliniego opresja władzy ograniczającej wolność (nie tylko artystyczną) i zmuszająca człowieka do nieustannej pogoni za tym, aby jak najwięcej posiadać. Carter z kolei piętnował apartheid i jego skutki, próbując swoimi zdjęciami zwrócić uwagę opinii publicznej na problemy Afryki.

W spektaklu Borczucha, złożonym z szeregu luźno powiązanych ze sobą scen, bohaterowie na próżno dopominają się o bycie wysłuchanymi. Ostatni wywiad Pasoliniego (Krzysztof Zarzecki), który dziennikarz Furio Colombo (Marek Kalita) przeprowadził na dzień przed śmiercią reżysera, odbywa się podczas tańca przy subtelnych rytmach włoskiej muzyki. Z kolei elegancko ubrana Fallaci (Halina Rasiakówna) odpowiada na naprzemiennie zadawane pytania o politykę i swój wygląd, szybko i pewnie poruszając się wzdłuż sceny i nie zwracając uwagi na próbujący dotrzymać jej kroku tłum. To, co istotne, zostaje zrównane z codziennymi błahostkami, a przez to niejako ośmieszone. Co więcej, Borczuch kwestionuje tutaj także wiarygodność swoich bohaterów, obnażając ich hipokryzję: mówią o biedzie, głodzie i społecznej niesprawiedliwości, a sami żyją w luksusie niczym najwięksi celebryci. Tego dysonansu nie zmieni nawet ubranie się w łachmany Bezdomnego (Sebastian Łach) - pustkę gestu Pasoliniego szybko demaskują jego słowa o trzypokojowym mieszkaniu, samochodzie i właśnie zjedzonym domowym obiedzie. 

Tej krytyki powierzchowności społecznie zaangażowanych elit dopełnia postać trzeciego z bohaterów spektaklu. Kevin Carter (Jacek Poniedziałek) światowy rozgłos zyskał zdjęciem zrobionym dla "New York Timesa", na którym obok wyczerpanej z braku jedzenia i picia sudańskiej dziewczynki wylądował sęp. Fotografia, która z jednej strony przyniosła Carterowi międzynarodowe uznanie, stała się jednocześnie jego przekleństwem. Na fotografa posypały się ataki za jego bierną postawę, że zamiast pomóc dziecku, robił mu zdjęcia. W "Apokalipsie" Borczuch rozkłada ten moment spotkania dziewczynki i fotografa na czynniki pierwsze. W jednej ze scen Carter broni się przed oskarżeniami, które rzucają mu Sęp (Piotr Polak) i Dziewczynka (Marta Ojrzyńska). "Co robisz, żeby im [tym ludziom] pomóc?" - pyta Sęp. "Nie odwracam wzroku" - pada odpowiedź. Ale czy to wystarczy?

Na bohaterów swojego przedstawienia twórcy nie bez powodu wybrali dwójkę włoskich intelektualistów. Italia to wszak kolebka europejskiej cywilizacji: tu narodziły się filozofia, literatura i religia, które z czasem stworzyły jeden z fundamentów naszej tożsamości kulturowej. W spektaklu pojawia się szereg odwołań do tej tradycji: a to w postaci malarstwa (wyblakły pejzaż nadmorskiego miasteczka włoskiego wiszący w tle, reprodukcja obrazu Botticellego - scenografia Doroty Nawrot), a to zdjęć włoskich zabytków pokazywanych w trakcie wywiadu z uchodźcą czy cytowania fragmentów "Boskiej komedii" Dantego. Do tych archetypów wielokrotnie w swojej twórczości filmowej powracał także Pasolini. Sama plaża, na której odbywa się część akcji spektaklu, jest symbolem miejsca granicznego: to wrota do nowego świata, który z jednej strony kusi swoim pięknem i bogactwem, ale z drugiej nie każdego chce przyjąć z otwartymi ramionami. Włochy, rozumiane jako pewna koncepcja kulturowa, zostają w spektaklu ukazane jako przywilej bogatych, swego rodzaju luksusowa fanaberia, która w zderzeniu z nędzą i biedą Trzeciego Świata jest nie tyle niestosowna, co wręcz nierealna. Fallaci i Pasolini poruszają się w nienaturalny sposób, dystansują wobec otoczenia, o którego dobrobyt próbują walczyć. Tak naprawdę bowiem nie potrafią tego świata zrozumieć ani tym bardziej się z nim utożsamić. Jako przedstawiciele sztuki i kultury są nieskuteczni w swojej walce, za którą mimo to płacą najwyższą cenę.

Borczuch uprawia w "Apokalipsie" sztukę fragmentu: bawi się nie tylko strukturą przedstawienia, łącząc ze sobą kolejne sceny za pomocą prostego teatralnego wyciemnienia, ale również kompozycją poszczególnych obrazów. Scena niemal nigdy nie jest całkowicie oświetlona (światło: Katarzyna Łuszczyk), aktorzy nie boją się przy tym wchodzić w cień czy przechodzić za zastawkami, jakby widz miał dostęp wyłącznie do niewielkiej części tego, co dzieje się z bohaterami. Oni sami grają z pewnego rodzaju komicznym naddatkiem, są przerysowani w swoich pozach, a jednocześnie w pewnym sensie naturalni. Z pewnością sprzyjają temu aktorskie improwizacje, które dają wrażenie przekazywania autentycznych myśli postaci czy - jak w przypadku sceny kręcenia filmu - samych aktorów. To wszystko jednak, po raz kolejny zresztą, okazuje się pozorem. W finale spektaklu Pasolini-Zarzecki zwołuje wszystkich na scenę i urządza im awanturę. Zarzuca, że się poprzebierali i próbuje namówić do tego, aby powiedzieli widzom coś naprawdę od siebie. Ale aktorzy milczą - no bo jak autentycznie mówić ze sceny o tym, że ludzie na świecie giną. Czy to w ogóle jest możliwe?

Twórcy "Apokalipsy" w dość ostentacyjny sposób manifestują swoją niezgodę na bierność artystów i intelektualistów wobec największych problemów społecznych współczesnego świata. Nie dają przy tym jednak żadnej wskazówki, w którą stronę, ich zdaniem, Europa powinna podążać. Trochę to za mało jak na dwugodzinne przedstawienie, w którym część scen powtarza już dawno znane i powielane diagnozy. Oczywiście nie oznacza to, że polski teatr powinien przestać stawiać pytania o powinności artystów i ich sposoby społecznego zaangażowania. Ale może nadszedł czas, aby zacząć na te pytanie szukać odpowiedzi.     
 

"Apokalipsa"

Reżyseria: Michał Borczuch
Tekst i dramaturgia: Tomasz Śpiewak
Kostiumy, scenografia: Dorota Nawrot
Reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk 
Muzyka: Bartosz Dziadosz "Pleq"
Asystent reżysera, inspicjent: Radosław Mirski
Asystentka scenografa: Weronika Biernat
II asystent reżysera: Jędrzej Piaskowski
Konsultacje językowe: Karolina Porcari
Mural: Krzysztof Mężyk, Ludmiła Woźniczko
Charakteryzacja: Monika Kaleta

Występują: Bartosz Gelner, Marek Kalita, Sebastian Łach, Marta Ojrzyńska, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, Halina Rasiakówna, Krzysztof Zarzecki
 

Premiera: 29 września 2014

Komentarze

Dodaj nowy komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.