Fryzjerka Edyta o życiowych próbach i niesieniu pomocy potrzebującym


Fot. archiwum rodzinne
Kiedy do drzwi naszego domu zapukała bieda, poczułam się jak bezradne dziecko – fryzjerka Edyta o życiowych próbach i niesieniu pomocy potrzebującym.







– Kiedy mama zapadła na ciężką chorobę, poczułam się jak bezradne dziecko – wspomina Edyta z Wilna. – Zwyczajnie bałam się wracać do domu. Wydawało mi się, że przyjdę i zastanę matkę martwą. Bardzo się bałam.

Matka Edyty z kolei najbardziej obawiała się tego, że córka zabierze ją do szpitala lub domu opieki. Do ostatnich dni chciała zostać we własnym domu, w swoich czterech kątach, z ukochaną córką i wnuczkiem.

Opieka nad matką okazała się jednak sporym wyzwaniem. Edyta miała wymarzoną pracę, ale niezwykle intensywną.

Wymarzona praca
– Mój brat został poproszony o świadkowanie na ślubie przyjaciela – z uśmiechem na twarzy opowiada Edyta. – Miałam wtedy 15 lat. Dał mi nożyczki do ręki i poprosił, żebym go ładnie ostrzygła. „Jeśli źle obetniesz, to nie wiem, co ci zrobię” – żartobliwie zagroził.

Dziewczyna świetnie sobie poradziła z powierzonym zadaniem. Brat Edyty był zadowolony, a ten niepozorny przypadek przesądził o jej przyszłości. Wkrótce młoda fryzjerka zaczęła strzyc znajomych brata. Tak szybko się nabrała wprawy, że była w stanie ostrzyc mężczyznę dokładnie tak jak na zdjęciu, które ze sobą przyniósł.

– To były początki „pierestrojki” Gorbaczowa – kontynuuje Edyta. – Samozatrudnienie było już oficjalnie dozwolone, więc mogłam nie tylko robić to, co mi się podobało, ale pobierać za to wynagrodzenie.

Kobieta zaopatrzyła się w narzędzia fryzjerskie i odwiedzała swoich klientów i klientki w domu. Ci zaś chętnie polecali ją swoim znajomym.

– Wtedy jeszcze nie miałam ustalonej ceny za strzyżenie – wspomina. – Po prostu brałam to, co mi dawali. I proszę mi uwierzyć, nigdy nie czułam się skrzywdzona.

Edyta stale tworzyła i doskonaliła swój warsztat. Ukończyła szkolenie fryzjerskie na Litwie, naukę pobierała również od profesjonalistów zagranicą. 

– Wciąż dużo się uczę – mówi Edyta. – Nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że naprawdę to lubię. Wszelkie nowostki natychmiast próbuję wprowadzać w życie.

Edyta dużo pracowała – pięć dni w tygodniu, po dwanaście godzin dziennie.

– Codziennie chodziłam do pracy z radością – uśmiecha się Edyta. – Byłam też z niej zadowolona. Wracałam do domu zmęczona, ale szczęśliwa.


Fot. archiwum rodzinne

W tym czasie założyła już rodzinę i miała małego syna. W opiece nad nim pomagała jej matka.

– Od dziecka łączyła nas z mamą bardzo silna więź – mówi. – Kochałam mamę bezgranicznie. Bardzo mi pomogła w życiu. Odkąd straciłam ojca, była moją opoką.

Śmierć ojca w przeddzień jubileuszu
Ojciec Edyty zmarł w przeddzień jej trzydziestych urodzin.

– Miał sześćdziesiąt lat – mówi Edyta. – Zachorował bardzo nagle i bardzo szybko odszedł. Byliśmy przekonani, że ojciec zmarł z powodu przeziębienia i możliwych komplikacji, lekarze jednak stwierdzili, że przyczyną zgonu była gangrena płucna.

Na imprezę urodzinową Edyty zaproszono wielu gości, ale w ostatniej chwili trzeba było wszystko odwołać i zamiast przyjęcia zorganizować obiad żałobny.

Zdrowie matki
W tym czasie poważne problemy zdrowotne dopadły również matkę Edyty. U kobiety zdiagnozowano raka piersi. Przeszła trzy skomplikowane operacje. Lekarze musieli usunąć prawie całą pierś, pozostawiając jedynie mały węzeł chłonny.

– Mama bardzo się bała, że oddam ją do szpitala lub domu opieki – wspomina Edyta. – Bardzo chciała zostać we własnym domu, z najbliższymi ludźmi u boku, w otoczeniu ważnych dla niej przedmiotów.

Edyta podjęła się opieki nad matką w domu, mimo że było to wyzwanie ponad jej siły. Przygotowywała matce rano posiłki, podawała jej lekarstwa, potem szła do pracy, obsługiwała kilka klientek, wracała do domu, by podać matce obiad, a potem znów biegła do pracy. Sprawę nieco ułatwiało to, że sama mogła określić tryb pracy. Sama decydowała, ile klientek jest w stanie przyjąć danego dnia i o jakiej porze.

– W miarę pogarszania się zdrowia mamy zaczęłam się bać powrotu do domu – wspomina. – Wydawało mi się, że przyjdę i znajdę ją martwą. To było bardzo straszne, ale z drugiej strony, właśnie w taki sposób stopniowo przestałam się bać śmierci.

Wkrótce matka Edyty nie mogła już chodzić. Kobieta zwróciła się więc do szpitala w Santaryszkach z zapytaniem o możliwość przeniesienia matki na oddział onkologiczny, aby mogła otrzymywać sesje chemioterapii na miejscu i nie musiała być tam codziennie wożona.

Powiedziano jej jednak, że szpital nie świadczy takich usług. Z kolei Edyta nie miała możliwości zabierać matkę na codzienne zabiegi chemioterapii do szpitala.

– Mieszkamy na piątym piętrze w bloku bez windy – mówi Edyta. – Wtedy nie mogliśmy sobie wyobrazić, jak sobie poradzimy z codziennymi wizytami w szpitalu, z całą logistyką. 

Poważne upośledzenie wzroku
Sytuację matki Edyty komplikowało poważne upośledzenie wzroku.

– Mama przestała widzieć na jedno oko, kiedy byłam dzieckiem – wspomina. – Potem dostała udaru i straciła wzrok całkowicie. Co prawda, po dwóch latach przeszła operację i odzyskała jedną czwartą wzroku. Ale po wykryciu raka mama znów całkowicie oślepła.

Edyta przez trzy lata musiała nie tylko opiekować się chorą matką, ale także zajmować się nastoletnim synem, który dzielił pokój z babcią.


Fot. archiwum rodzinne

– Rozumiem doskonale, że było to trudne nie tylko dla mnie, ale i dla mojego syna – nie kryje wzruszenia kobieta. – Był nastolatkiem, chciał grać na komputerze, spotykać się z rówieśnikami, a babcia pragnęła tylko spokoju. Oczywiście, oboje byli niezadowoleni.

Aby rozwiązać tę trudną sytuację, Edyta uzgodniła z byłym mężem, że ich syn zamieszka z nim.

– Mimo rozwoju pozostaliśmy z byłym mężem w dobrych, przyjacielskich wręcz relacjach – opowiada. – Zdawałam sobie sprawę, że syn chce i powinien mieć ojca. Więc w możliwy sposób starałam się zadbać o ich relacje.

Pomoc hospicjum
– Po raz pierwszy o wileńskim Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki usłyszałam od mojej klientki, Miry, która w nim pracowała – opowiada Edyta. – Z zainteresowaniem jej słuchałam, ale nie mogłam pojąć, jak można pracować w takim miejscu.

Wspomina, że koleżanka zaprosiła ją do hospicjum w dniu otwartych drzwi, ale wówczas Edyta odmówiła.

– Nie byłam wtedy gotowa na wizytę w hospicjum – wspomina. – Bardzo się bałam ujrzeć cierpiących ludzi. Jestem bardzo wrażliwa i jeśli widzę kogoś w bólu, natychmiast chcę mu pomóc. Ale wtedy nie bardzo wiedziałam, jak mogę to zrobić.

Wkrótce jednak matka Edyty potrzebowała pomocy hospicjum.

– Stan zdrowia mamy pogarszał się z każdym dniem. Cierpiała straszne bóle – nie kryje wzruszenia Edyta. – Zadzwoniłam więc do hospicjum. Natychmiast przysłano do nas lekarza. Zbadał on mamę i przepisał środki przeciwbólowe.  

Zarówno lekarz, jak i Edyta zdali sobie sprawę, że dni jej matki są policzone.

– Mama umarła tak, jak chciała, we własnym domu, w otoczeniu najbliższych osób – drżącym głosem kontynuuje Edyta. – Byłam przy niej przez całą chorobę. Dziękuję Bogu, że jej cierpienie i ból nie trwały długo.

Edyta mówi, że często widziała w szpitalach zrozpaczonych krewnych, którzy przychodzili odwiedzać przykutych do łóżka pacjentów. Nie chciała, aby jej matka cierpiała tak długo.

– Poważna choroba jest zawsze dużym obciążeniem dla rodziny – dzieli się przemyśleniami kobieta. – Nie wszyscy mają możliwości lub chęci, by opiekować się chorą osobą w domu. Nie wszyscy po prostu mogą sobie na to pozwolić w związku z pracą czy innymi zobowiązaniami.

Wolontariat w hospicjum
– Po śmierci mamy po raz kolejny uświadomiłam sobie, że mogę i chcę pomagać innym – mówi Edyta. – Było to tak silne, że natychmiast poszłam do hospicjum i zgłosiłam się do wolontariatu.

Panująca wówczas na Litwie pandemia Covid-19 zmusiła hospicjum do poważnego ograniczenia liczby odwiedzających. Jednak po zakończeniu kwarantanny, Edyta otrzymała telefon od koordynator wolontariatu hospicjum, która zaprosiła ją do siebie.

– Pamiętam, że już od początku spodobało mi się to, że hospicjum nie wygląda jak zwykła placówka medyczna – wspomina kobieta. – Mimo że są tam ciężko chorzy ludzie, nie ma tego specyficznego zapachu choroby. Jest bardzo czysto, przytulnie.

Edyta z doświadczenia wie, że taki porządek nie powstaje sam przez się. Potrzeba wiele wysiłku, aby go zapewnić, utrzymać.


Fot. archiwum rodzinne 

– W swojej pracy odwiedziłam wiele mieszkań – mówi Edyta. – Rzadko które było tak zadbane, czyste i przytulne jak hospicjum.

Edyta zdecydowała, że może pomóc pacjentom hospicjum robiąc to, co potrafi najlepiej – dbając o ich włosy.

– Jakkolwiek to zabrzmi, ale dla człowieka bardzo ważne jest to, jak wygląda do ostatniego dnia swojego życia – mówi. – Z biegiem lat strzyżenie powinno być nie tyko dobrze wykonane, ale przede wszystkim wygodne. Jeśli chodzi o strzyżenie osób chorych, muszę zadbać o to, aby głowa i szyja osoby strzyżonej nie pociły się, aby włosy się nie plątały, a personelowi hospicjum było łatwo je umyć i wysuszyć.

Kiedy już zaczęła strzyc pacjentów, Edyta zdała sobie sprawę, że sama chęć obcięcia włosów pacjentowi nie wystarczy.

– Większość pacjentów hospicjum to osoby leżące – mówi. – Dobrze, jeśli może wsiąść na wózek inwalidzki. Czasem jednak nawet to nie jest możliwe i nieraz potrzeba dużo siły, żeby taką osobę przenieść. Ale w hospicjum zawsze mogę liczyć na pomoc personelu, niezależnie od stanowiska – bądź to lekarz, pielęgniarka czy asystent pielęgniarki.


Fot. archiwum rodzinne 

Edyta opowiada, że zdarzały się sytuacje, kiedy potrzeba było pomocy dwóch pielęgniarek, aby posadzić chorego. Innym razem i tego nie wystarczyło, potrzeba było męskiej siły.

Kobieta przyznaje, że pomagając i udzielając się w hospicjum chce się odwdzięczyć tym, którzy pomogli jej nieść krzyż opieki nad chorą matką.

– Wszyscy boimy się śmierci – mówi Edyta. – Boimy się, bo nie wiemy, co nas czeka po niej. Wszyscy instynktownie boimy się końca i utraty, czy to osób, czy rzeczy. Strata i śmierć są przerażające i trudne do zaakceptowania.

Edycie pomaga wiara.

– Wiara daje mi siły i wyzwala – kontynuuje. – Każdego dnia dziękuję Bogu za to, że nie opuścił mnie w najtrudniejszych momentach mojego życia. Kiedy do drzwi twego domu puka bieda, nieszczęście w postaci ciężkiej choroby bliskiej osoby, choroby nieraz przykuwającej do łóżka, czujesz się jak bezradne dziecko – dzieli się refleksją Edyta. – Wiele osób pomogło mi nieść mój krzyż, więc teraz ja muszę pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują.

Pomoc hospicjum w najtrudniejszych chwilach życia
Ciężka choroba onkologiczna może dotknąć każdego z nas, w każdej chwili, zniszczyć resztę naszego życia, zniweczyć marzenia.

Ponad 260 fachowców i wolontariuszy z Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie w każdej chwili towarzyszy tym, którzy zmagają się ze śmiertelną chorobą, doświadczają wielkiego bólu, lęku, niewiadomej.

Pomoc hospicyjna dla dorosłych i dzieci, w domu i na oddziale stacjonarnym jest bezpłatna i dostępna 24 godziny na dobę.

Pomóż nieuleczalnie chorym! Przekaż 1,2% podatku na rzecz Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie.

Zrób to teraz.

Kto wie, może kiedyś też będziesz potrzebował pomocy?

Więcej informacji 

Materiał nadesłany. Bez skrótów i redakcji.