Restauracje międzywojennego Wilna. Ludzie, miejsca, historie (4)


Ulica Mickiewicza w Wilnie na początku lat dwudziestych XX wieku
Stopniowa zabudowa Prospektu Świętojerskiego nadawała tej ulicy specyficzny charakter. Skupiały się tu w budowanych kamienicach poważne instytucje bankowe, wytworne sklepy i szereg lokali gastronomicznych. „Jerek” - tak zwykło się potocznie nazywać tę ulicę nawet, kiedy po 1920 roku, oficjalnie zmieniła się w ulicę Mickiewicza. Restauracje, jakie tu działały w większości zaliczane były do pierwszorzędnych (administracyjnie I kategorii). O restauracjach hotelowych „St. Georges” i „Bristolu” napisałem już w poprzednich częściach – czas na lokale funkcjonujące autonomicznie.

Wileńskie restauracje wyższej kategorii

Do dobrej restauracji lub kawiarni trafić można było w okresie międzywojennym, już na początku ulicy Mickiewicza, wychodząc z Placu Katedralnego. Kamienica Burhardtów (pod numerem 1), po 1919 roku przez kilka lat mieściła restaurację „Pod Niedźwiedziem”. Lokal wykupiony został później przez Sebastiana Rudnickiego, który otworzył w nim swoją drugą, sławną kawiarnię. Po przeciwnej stronie w kamienicy Chondzińskich (Mickiewicza 4) czynne były dwie restauracje. Pierwszą od 1900 roku, pod nazwą „Łazar” prowadził Łazarz Chejfec[1]. Druga restauracja była pod tym samym adresem, ale na rogu Garbarskiej. Nazywała się najpierw „Ate”, a następnie „Krystal” (pisano naprzemiennie Kristal, czasem Cristall). Zaciszne gabinety i kwartet muzyczny zachęcały gości. Lokal prowadzony był w latach 1919-1927 przez spółkę z kuchmistrzem Bolesławem Szymko na czele. Gdy lokal splajtował, na krótki czas przejęli go i połączyli właściciele-udziałowcy sąsiedniej Kawiarni-Cukierni "Udziałowa", nazywając teraz tak już całość. Naprzemiennie używano też nazwy "Spółkowa". Lokal zmienił lokal i mieścił się przy Mickiewicza 6, w pobliżu tetaru „Lutnia”. Podobno odwiedzany był chętnie przez grupę niższych urzędników sądu. Główne pozycje menu to: kapuśniak, wieprzowina gotowana oraz smażona, sztuka mięsa z grubą kością "rurą", z której wysysany był szpik, dobry chleb razowy własnego wypieku.

Nieco dalej w kamienicy Węcławowiczów przy ulicy Mickiewicza 7 (obecnie Gedimino g. 5), również była restauracja, ale jak się okazało nie było to miejsce szczęśliwe. W połowie 1933 roku, restauracja „Zacisze” otworzyła tu swoją filię pod nazwą „Bukiet”, o której więcej w dalszej części. Nowa restauracja działała tu do końca 1936 roku, po czym przeniosła się pod nowy adres. Lokal po „Bukiecie” zagospodarowany został natomiast przez restaurację pod nazwą „Gastronomia”. Jej niedługa działalność objęła niecały rok (od wiosny 1937, do stycznia 1938). Jeden z obserwatorów ówczesnej gastronomii napisał: „żywot Gastronomii był krótki .... była tam świetna kuchnia, ale fatalna obsługa”.

Ulica Mickiewicza około 1935 roku. W środku kadru kamienica, w której przez pewien czas mieściła się restauracja „Bukiet”, a następnie „Gastronomia”

*     *    *

Restauracje przy ulicy Mickiewicza 9 (Gedimino pr. 7)

Przeniesiemy się teraz do kamienicy przy ulicy Mickiewicza 9 (dawniej Prospekcie Świętojerskim 9), a obecnie Gedimino pr. 7. To budynek, który po wojnie został przebudowany i mieściła się w nim poczta główna, o czym doskonale wiedzą wszyscy wilnianie.

Restauracja „Myśliwska”

Restaurację o nazwie „Myśliwska” otworzył w sierpniu 1909 roku, Leon Łodziński. Był jednym z liderów towarzystwa skupiającego zapalonych myśliwych, a sam prowadził ceniony zakład preparowania i wypychania zwierząt, ptactwa oraz wyrobu dywanów ze skór. Był także aktywnym członkiem wileńskiego Koła Myśliwskiego. Założyciel restauracji wynajął lokal w domu Emanuela Bułhaka przy prospekcie Świętojerskim 2. Restauracja polecała śniadania, obiady (również w abonamencie) i kolacje przy muzyce doświadczonego kwartetu oraz realizację specjalnych zamówień. Kuchnia była pod osobistym kierownictwem właściciela. Początkowo w ofercie przeważały dania z dziczyzny oraz ryb. Oprócz jednej większej sali w lokalu były tzw. gabinety, preferowane przez pewną część gości.

W 1910 roku do spółki z Łodzińskim przystąpił Mikołaj Durasewicz i restaurację przeniesiono do wygodnego lokalu, na pierwszym piętrze kamienicy przy prospekcie Świętojerskim 9 (dom niegdyś Śniadeckich, należał już wówczas do Aristarcha Pimonowa). Charakterystyczną częścią wystroju holu lokalu były trofea myśliwskie: głowy łosi, jeleni, dzików i wilków. Niebawem „Myśliwska” - nazywana w rosyjskich pismach „Ochotnickaja” - polecała swoje „oryginalne, amatorskie potrawy”: kołduny litewskie, bigos myśliwski, flaki warszawskie, żur mazurski i szynkę z dzika. Pismo satyryczne „Brukowiec” w jednym z numerów umieściło żart dotyczący restauracji Łodzińskiego:

Gość:  – Dziwne, że u was zawsze jedzenie pachnie starą zwierzyną?
Kelner:  – To wina kucharza, który jest jednocześnie myśliwym i wypychaczem zwierząt.


Po lewej stronie dom przy Świętojerskiej 9 (pocztówka z ok. 1907 roku)

Wieczorami gościom restauracji przygrywała zmieniająca się, co jakiś czas orkiestra.  Interes rozwijał się dobrze, a Łodziński organizował dodatkowo bufet na hipodromie w Pośpieszce w dniach wyścigów konnych. Podczas okupacji niemieckiej 1915-1918, dom Pimonowa zajęty został częściowo przez władze wojskowe, które urządziły w nim jeden z kilku tzw. „Soldatenheimów”, czyli domów gościnnych dla żołnierzy. Mimo ograniczonych możliwości restauracja Łodzińskiego działała jeszcze przez pewien czas i nazywana była po niemiecku „Jagd-Restaurant”.

„Deutsches Soldatenheim” w domu przy Świętojerskiej 9 (pocztówka z 1916 roku)


Wnętrza restauracji w „Deutsches Soldatenheim” (pocztówka z 1917 roku)

Od 1920 roku, po zmianach nazw wileńskich ulic, restauracja “Myśliwska” miała adres Mickiewicza 9. W okresie Litwy Środkowej, Leon Łodziński był jednym z pierwszych restauratorów, którego lokal został zarejestrowany w kategorii I. Zawiązana została wówczas nowa spółka i zarząd przedsiębiorstwa stanowiło kilka osób. Wszyscy zgodnie zdecydowali, aby nie zmieniać charakteru restauracji, która nadal specjalizowała się w podawaniu potraw z dziczyzny. Zając w śmietanie lub duszony w winie, comber, udziec, steki oraz zrazy z sarny, pieczeń i żeberka z dzika, a także ptaki łowne: cietrzew, bażant, przepiórka przyrządzane na różne sposoby – to potrawy, które prawie zawsze były w menu restauracji. Ze skupem dziczyzny raczej nie było problemów, ale dodam, iż towarzystwo skupione w klubie myśliwskim przestrzegało okresów ochronnych wymienionych wyżej gatunków. Zdarzało się, że interweniowali, gdy w którejś restauracji pojawiły się np. dania z zająca w okresie, gdy był okres zakazujący polowania na nie.

Dbając o wykwintność serwowanych potraw, Łodziński zatrudniał wyłącznie kucharzy mających dobre referencje. Wystawiona w „Myśliwskiej” ilość eksponatów stanowiących wystrój holu i sali restauracyjnej była tak duża, iż mówiono o swoistym muzeum przyrodniczym różnych okazów miejscowej fauny. Nie zaniedbując swojej pracowni ogłaszał się prasie w latach dwudziestych informując, iż pod adresem lokalu można było kupić wyprawione fachowo trofea łowieckie. Lista była długa: głowy łosia lub żubra z rogami, poroża jeleni, cały dzik, a także wypchane ptaki: głuszce, cietrzewie, czarny bocian.

Wiosną 1924 roku, po podpisaniu z magistratem stosownych umów, Towarzystwo „Koło Polek” wzniosło w Ogrodzie Bernardyńskim pawilon, w którym urządzona została kawiarnia-restauracja. Budynek lokalu zaprojektowała Anna Szczawińska, studiująca architekturę na Wydziale Sztuk Pięknych USB. Niestety prowadzenie lokalu przerosło organizatorów i po dwóch sezonach zapowiadało się bankructwo. Wiosną 1927 przedstawicielki „Koła Polek” weszły w porozumienie z zarządem restauracji „Myśliwska” zawierając umowę na wspólną działalność. Fachowe siły skierowane do prowadzenia restauracji zapewnić miały powodzenie przedsięwzięciu. Na bankiecie związanym z otwarciem lokalu na nowo, obecni byli przedstawiciele władz z wojewodą Władysławem Raczkiewiczem na czele. Zapraszając do restauracji „Koła Polek” reklamowana była rzetelna obsługa i oferowane tam „najwyszukańsze potrawy przy umiarkowanych cenach”. Ta ostatnia zachęta została dość szybko zweryfikowana przez wileńską prasę. Pisała ona w wyniku skarg klientów o „paskarskich cenach” pobieranych w lokalu, który z założenia miał być instytucją o celach społecznych.

Budynek w Ogrodzie Bernardyńskim, w którym urządzono bufet „Koła Polek” (foto ok. 1927 roku)

Restauracja przy Mickiewicza 9 została gruntownie wyremontowana w 1925 roku i po jej otwarciu, zaciszne gabinety znów cieszyły się szczególnym powodzeniem. Co kilka miesięcy zmieniała się orkiestra. Zgodnie z kontraktami w porze obiadów i kolacji grywał tam m.in. kwartet żeński, a także jazz-band Wojciechowskiego. Lokal organizował imprezy okolicznościowe (zabawa sylwestrowa, bale karnawałowe, rauty, przyjęcia). „Myśliwska” była naturalnym miejscem, gdzie odbywały się spotkania myśliwych. Omawiane wówczas były roczne plany dotyczące polowań.

Reklama restauracji z lat 1926-1927

Wiosną 1926 roku Leon Łodziński szykował się do przejścia na emeryturę. Kierownictwo kuchni objął „specjalnie zaangażowany wybitny kuchmistrz”, który wcześniej był długoletnim pracownikiem restauracji Hotelu Europejskiego w Warszawie”. Rok później, w połowie maja 1927 roku,  L. Łodziński mając 71 lat zmarł nagle na atak serca[2].

Restauracja prowadzona była pod zarządem pozostałych członków spółki. Latem tego samego roku przeprowadzony został gruntowny remont ze znaczną zmianą wystroju. Otwarcie, które nastąpiło 2 września, stało się okazją do szczególnego bankietu. Liczne grono gości z uznaniem wypowiadało się o efektach remontu. Wystrój wnętrz był dziełem Jana Widtmanna, artysty, który po studiach w Pradze powrócił do Wilna i przyjął od spółki pierwsze poważne zlecenie[3]. Kolory i desenie malowideł na ścianach dopasowane były artystycznie do „myśliwskiego” charakteru lokalu z dobrze wyeksponowanymi okazami wypchanych zwierząt.

Do współwłaścicieli restauracji „Myśliwskiej”, w grudniu 1927 roku zgłosiło się kierownictwo kasyna garnizonowego (Mickiewicza 13). Poprosili o fachową pomoc i zawarli umowę na podstawie, której na szefów urządzanego w kasynie bufetu oddelegowani zostali pracownicy restauracji. Współpraca okazała się nad wyraz pozytywna. Doświadczona kadra „Myśliwskiej” tym samym oprócz prowadzenia restauracji przy Mickiewicza 9, obsługiwała jeszcze lokal „Koła Polek” w Bernardynce i bufet w kasynie wojskowym.

Od wiosny 1928 roku, restauracja „Myśliwska” oferowała gościom bogaty program muzyczny. Występowali pieśniarze i tancerze z Warszawy i Poznania, czasami również z zagranicy. Ekipa artystów zmieniała się dosyć często, zarząd nie chciał, bowiem aby doszło do znudzenia stałych klientów i liczyć można było na więcej chętnych obejrzenia „nowych sił”.

Dramatyczne wydarzenie w czerwcu 1928 zachwiało działalności spółki. Niespodziewanie dla wszystkich, samobójstwo popełnił Franciszek Stejblis, jeden z głównych współwłaścicieli restauracji „Myśliwskiej”. Lokal działał jeszcze przez pewien czas, ale inny członek zarządu Ryszard Łodziński[4], nie wykazywał większego entuzjazmu do prowadzenia interesu. Stopniowo doprowadziło to do likwidacji spółki i zamknięcia restauracji po blisko dwudziestoleciu działalności.

Restauracja „Ziemiańska”

Lokal przy Mickiewicza 9, usytuowany w dobrym miejscu i mający przyzwyczajoną już klientelę nie mógł pozostać długo niezagospodarowany. Objęła go spółka z ograniczoną odpowiedzialnością powołana przez grono dziewięciu doświadczonych przedsiębiorców/gastronomów[5]. Zarząd stanowili: Mikołaj Durasewicz, Aleksander Pytlewicz i Jan Żelazowski[6]. Przygotowania wraz z odnowieniem trwały przez dwa miesiące i na początku października 1928 roku, ogłoszono uroczyste otwarcie restauracji pod nazwą „Ziemiańska”. Na poświęcenie stawiła się liczna grupa zaproszonych gości. Reprezentowali – jak pisano - sfery obywatelskie, przemysłowe, handlowe oraz prasę. Uczestniczyli oni w wykwintnym obiedzie, którym podejmowali w roli gospodarzy kolejni udziałowcy, szefowie kuchni i kelnerów: Stanisław Kusek i Michał Dauksza[7], którzy serwowali potrawy, a w tle przygrywał kwartet muzyczny.

Sala restauracji „Ziemiańska” ok. 1928 roku (z archiwum Jūratė Kiliulienė)


Szatnia restauracji „Ziemiańska” ok. 1928 roku. Na podstawie opisu widoczne trofea myśliwskie pochodzą jeszcze z czasów restauracji „Myśliwskiej”  (z archiwum Jūratė Kiliulienė)

Zarząd restauracji dbał o jakość i urozmaicenie menu oraz kontraktowanie dobrych muzyków. Zespół pod dyrekcją znanego w Polsce skrzypka Bronisława Mitmana, zapewniał dobry nastrój. Pierwsza zabawa sylwestrowa w „Ziemiańskiej” cieszyła się dużym zainteresowaniem i trudno było zarezerwować stolik. Rozwój restauracji oceniano pozytywnie, chwaląc sprężysty zarząd, który do kuchni i obsługi zatrudniał najlepszych fachowców branży gastronomicznej. Starano się, aby wyśmienita kuchnia oraz doskonale zaopatrzony bufet nie przekraczał zbyt wysokich cen. Dzięki temu grono stałych biesiadników, w tym całych rodzin stale się poszerzało. Gabinety i boczna sala rezerwowana była przez „dobre towarzystwo”. Kolejną orkiestrą męsko-damską przybyłą ze Lwowa kierował Ferdynand Ebner. Grali głównie standardy taneczne i jazzowe.

Do urozmaicenia kolejnych zabaw zatrudniono specjalistów od dekoracji sali i wprowadzono drobne upominki dla pań. Restauracja „Ziemiańska” w 1931 roku urządziła bufet na II Targach Północnych w Ogrodzie Bernardyńskim, przy stoisku „Pod Sfinksami” browarów „Haberbusch i Schiele”. Interes ogólnie nie szedł jednak najlepiej. Przez kolejny rok, aby przetrwać czas kryzysu gospodarczego, zarząd zaoferował w ofercie znacznie tańsze obiady i kolacje.  Wprowadzono także bufet „systemu barowego”, dzięki czemu goście nie dopłacali za obsługę kelnerską. Znany zespół banjowo-jazzowy z Poznania, również zgodził się występować po niższej stawce.

Bufet w restauracji „Ziemiańska”. W środku (w garniturze) Aleksander Pytlewicz (z archiwum Jūratė Kiliulienė)

Po wystąpieniu z zarządu S. Kuska[8], jego miejsce zajął M. Dauksza, który podobnie jak M. Durasewicz zajmował mieszkanie w kamienicy przy Mickiewicza 9, mając stały nadzór nad lokalem. Spółka licząca dziewięciu udziałowców w 1933 roku, zdecydował ponownie ratować się obniżeniem cen. Klienci mogli w bufecie barowym zjeść gorący posiłek, już od 50 groszy. Kolacja z wyborem jednego z zestawów dań, kawą oraz kieliszkiem wódki lub piwem, kosztowała 2,50 zł. Kiedy po aferze finansowej, „Koło Polek” odstąpiło od prowadzenia bufetu w Bernardynce, „Ziemiańska” utworzyła tam swoją filię, aby wypełnić tę lukę. Spacerowicze mogli wstąpić na obiad lub kolację i konsumować posiłek przy muzyce. Zespół banjowo-jazzowy pod dyrekcją Henryka Torwirta, grał najmodniejsze ówcześnie przeboje dancingowe.

„Ziemiańska” zdobyła sobie uznanie za udane dancingi, zwłaszcza wśród widzów późno kończących się przedstawień w „Lutni”. Zarząd zorganizował w lutym 1934 roku huczną uroczystość 5-lecia istnienia restauracji. Wystawna kolacja dla wiernych gości przeciągnęła się do rana. Właściciele zapewniali dalsze podtrzymanie konkurencyjnych cen. Szefem kuchni był w tym czasie Władysław Dąbrowski, mistrz sztuki kulinarnej. Cały personel restauracji liczył 30 osób.

Pamiątkowa fotografia właścicieli restauracji „Ziemiańska” wraz z żonami Jūratė Kiliulienė)

Michał Dauksza, członek zarządu „Ziemiańskiej” zmarł po długiej chorobie 11 października 1934 roku. W odprowadzeniu zwłok na cmentarz Rossa wzięły udział tłumy. Lokal po jego śmierci funkcjonował dalej, ale z miesiąca na miesiąc narastały problemy finansowe spółki. Był to okres, kiedy restauracja zmuszona była oficjalnie obniżyć kategorię na drugą. Według przepisów zatrudniać mogli już tylko dwudziestu pracowników. Krach nastąpił w połowie 1936 roku. Długi wobec Ubezpieczalni Społecznej urosły do znacznych rozmiarów, wobec czego urząd skarbowy skierował do lokalu sekwestratora. Nie udała się wcześniejsza próba interwencji podjęta przez Stowarzyszenie Restauratorów. Prezes Michał Kiełmuć stał na czele delegacji, z którą dyrektor Ubezpieczalni odmówił spotkania i negocjacji.

Zajęcie ruchomości nastąpiło krótko po przeprowadzonym remoncie, na który udziałowcy spółki wydali większość swoich oszczędności Lokal otwarty został ponownie w maju. Według krążących pogłosek, dług spółki w Ubezpieczalni wynosił ok. dwóch tysięcy złotych, podczas gdy goście „Ziemiańskiej” dłużni byli wobec restauracji blisko dwadzieścia tysięcy. Jeżeli była to prawdziwa informacja, to skala udzielania „kredytów kolacyjnych” świadczyła o dużej niegospodarności zarządzających. Pod koniec czerwca pod lokal przy Mickiewicza 9, podjechało kilka furmanek i zaczęto wynosić wyposażenie restauracji. Meble, urządzenia kuchenne, fortepian (wypożyczony przez spółkę), żyrandole wraz żarówkami trafiły na skład licytacyjny. Restauracja została zamknięta i liczna grupa rodzin zwolnionych pracowników pozostała bez środków do życia.

Przypadek bankructwa „Ziemiańskiej” był szeroko poruszany w kręgach pracowników gastronomii. Stowarzyszenie Restauratorów na specjalnie zwołanym zebraniu omawiało środki, jakimi można było pomóc zwolnionym kucharzom i kelnerom. Jedynie część z nich znalazła później zatrudnienie w innych placówkach.

Przyjemną okolicznością dla autora artykułu, było nawiązanie znajomości z wilnianką panią Jūratė Kiliulienė. Jej dziadkiem był Aleksander Pytlewicz, jeden ze współwłaścicieli „Ziemiańskiej”. Według jej informacji A. Pytlewicz prowadził działalność gastronomiczną najpierw w Briańsku, a po Wielkiej Wojnie w Toruniu, skąd przeniósł się do Wilna. W domowym archiwum pani Jūratė zachowało się kilka fotografii z okresu funkcjonowania restauracji w latach 1928-1936. Za jej zgodą niektóre kadry ilustrują tę część artykułu, za co serdecznie dziękuję. J. Pytlewicz spoczywa na cmentarzu Bernardyńskim.

Restauracja „Astoria”

>>Dziś otwarcie restauracji „Astorja”. Wł. J. Kowalski, Wilno, ul. Mickiewicza 9 (gdzie dawniej „Ziemiańska”)<< , tak brzmiało ogłoszenie prasowe z dnia 8 września 1936 roku. Dwa miesiące po zamknięciu „Ziemiańskiej”, pojawił się nowy dzierżawca lokalu. Był nim Józef Kowalski, który do tej pory prowadził restaurację „Ustronie” w Baranowiczach. W lokalu wszystko było standardowo. Bufet barowy z zakąskami, wyśmienite śniadania, obiady i kolacje, napoje wyskokowe, koncerty orkiestry, a po północy występy artystyczne. Dla wygody klientów dostępne gabinety i przystępne ceny. Dociekliwy dziennikarz został poinformowany, iż dewizą szefa Restauracji-Kabaretu „Astoria” będzie: „duży obrót, a mały zysk, wszystko tanie, smaczne, zdrowe tak, iż najwybredniejsze gusta smakoszów będą zaspokojone”. O tę ostatnią część deklaracji postarać się mieli wytrawni kuchmistrze. Szefem kucharzy był Kazimierz Jasiński.

We wnętrzu dokonano nieco „nowoczesnych zmian” w dekoracjach. Do części artystycznej kierownictwo zaangażowało na początek: zagraniczny duet „Los Okoni”, pieśniarkę wodewilową Irenę Markiewiczównę i tancerkę akrobatyczną. Konsumpcja „wstępna”, a więc obowiązkowe zamówienie w cenie 1,50 zł. Lokal otwarty był do godzin rannych, co było zachętą dla nocnych biesiadników szukających miejsca.

Już kilka tygodni później doszło w lokalu do pożaru, kiedy służąca rozlała benzynę nalewając ją do maszynki. Paliła się podłoga, ale personel zdołał ugasić ogień przed przybyciem straży pożarnej. Straty na szczęście nie były zbyt wielkie i restauracja była nieczynna krótko. Przy okazji przygotowano nową atrakcję, codziennie „Chińskie noce”.


Nazwa dancingów związana była z nową dekoracją lokalu według projektów artysty malarza W. Zalewski oraz grupą nowych artystów reprezentujących tzw. „lekką muzę”. Na dobry początek, ceny obowiązkowej konsumpcji obniżono nawet do jednej złotówki.  J. Kowalski nastawiony był jednak na zysk (co zrozumiałe) i niewybredną klientelę. Na początku 1937 roku, nowy program-rewia nosił nazwę „Bajka z 1001 nocy”. Program złożony był z szesnastu części, a występy przebiegały w nowych dekoracjach. Ceny nie były już „najniższe w mieście”, lecz „umiarkowane”. Zgodnie z ambicjami właściciela udało się jeszcze raz zmienić tak bogaty program, ale w następnych miesiącach nie było już takiego rozmachu.

Po jeszcze pewnym okresie działalność restauracji była ograniczana, aż doszło do ogłoszenia niewypłacalności. Józef Kowalski zamknął przedsiębiorstwo w połowie 1937 roku. Od lipca tego roku, w zwolnionym lokalu przy Mickiewicza 9 zainstalowała się restauracja „Bukiet” Kiełmuciów, która wcześniej mieściła się w sąsiedniej kamienicy (Mickiewicza 7). Nieco informacji o „Bukiecie”, który przetrwał w tym miejscu do 1940 roku, będzie jeszcze w dalszej części artykułu.

*    *    *

Restauracje przy ulicy Mickiewicza 11 (Gedimino pr. 9)

Kamienica przy ulicy Mickiewicza 11 (obecnie Gedimino pr. 9) stanowiła obszerny kompleks. Dwa skrzydła z reprezentacyjnymi elewacjami wychodziły na ulicę i na Plac Orzeszkowej. Dom wzniesiony został w 1873 roku przez rodzinę generała Dymitra Mawroza, a następnie do 1911 był jeszcze czterokrotnie przebudowywany.

Restauracja „Michała Wróblewskiego”

Pierwszą restaurację otworzył w tym domu w 1907 roku, Michał Wróblewski. Nie miała nazwy własnej i do 1915 roku znana była, jako „Restauracja Wróblewskiego”[9]. Lokal zaliczany był raczej do drugorzędnych. W czasie okupacją niemiecką 1915-1918, lokal był nieczynny. Ponowne otwarcie nastąpiło dopiero w 1925 roku. Od pewnego czasu w suterenie działała tam również „Kawiarnia Artystyczna”. Po zaledwie kilku miesiącach Wróblewski ogłosił upadłość. Był moment, gdy lokal zamierzał przejąć Związek Urzędników Kolejowych, tymczasem właściciel dostał prolongatę długów i znów uruchomił restaurację. Ponownie było to jednak tylko na krótki czas i lokal zamknięto. Wróblewski po niepowodzeniach zdecydował się utworzyć spółkę poszukując odpowiednich wspólników.


Restauracja „Bachus”

Niebawem, pod koniec grudnia 1927 roku, gości zapraszano na poświęcenie restauracji w tym samym miejscu, ale pod nazwą „Bachus”. Właścicielami „Bachusa” (połączonego z kawiarnią „Artystyczną”) byli: Michał Wróblewski, Leonard Kneblewski i Edward Sadowski. Restaurację prezentowano, jako pierwszorzędny lokal z kawiarnią, barem oraz dancingiem z dobrą muzyką i obszernym programem kabaretowym. Specjalną atrakcją miał być ów bar oraz winiarnia, urządzone za wzorem gastronomii Krakowa i Warszawy. Bar oferował gorące zakąski na poczekaniu, a winiarnia wino na lampki, co nie było wtedy praktykowane w większości wileńskich restauracji. 

Jesienią przygotowany był specjalny program „Rewia humoru i tańca”, ale między poszczególnymi wieczorami, do restauracji zaglądał komornik, aby zająć i przekazać na licytację elementy majątku ruchomego. Stopniowo narastał spółki względem Kasy Chorych, stąd też nakazy interwencji komornika.  Spółka jakoś sobie jednak poradziła i czynna była nadal.

W 1928 roku zwiększono ilość stolików, gdyż chętnych na oglądanie nowych programów artystyczno-kabaretowych było dużo. O bywalcach i widzach występów w „Bachusie” mówiono, że reprezentują „tutejszy elegancki świat, spragniony rozrywki tego rodzaju”. Trwający blisko miesiąc remont lokalu przeprowadzony został w połowie 1928 roku. Właściciele zatrudnili art. malarza Jana Hawryłkiewicza, który „bajecznie” udekorował wnętrza. Młody twórca był znany m.in., jako uzdolniony autor dekoracji teatralnych.


Dancingi i zabawy w „Bachusie” ściągały tłumy. Lokal cieszył się popularnością zwłaszcza wśród wileńskiej bohemy. Spotkać tu można było aktorki i aktorów wileńskich rewii oraz teatru miejskiego. Bywał także element półświatka, drobni hochsztaplerzy i „niebieskie ptaki”. Ktoś wspominał, że "Bachus" był lokalem, w którym "możnasobie nocką późną zapruszyć czuprynę". Interwencje policji nie należały do rzadkości. Było to przyczyną, iż z dniem 31 grudnia 1928 roku, starosta grodzki cofnął koncesję na prawo urządzania atrakcji kabaretowych prawo w restauracji „Bachus”. Klientów, którzy mieli zarezerwowane stoliki na zabawę sylwestrową spotkała niemiła niespodzianka.

Zakaz ściągnął na restaurację szereg kłopotów, gdyż mieli już podpisane umowy z artystami. Ograniczenie koncesyjne przeniosło restaurację do niższej kategorii, wobec czego zwolnić musieli 20 pracowników. Właściciele zaczęli się odwoływać i dochodzić na drodze sądowej odszkodowania za poniesiony straty materialne. Okazało się jednak w tym czasie, iż spółka ma zaległości w podatku przemysłowym i Kasie Chorych. Przez dwa pierwsze miesiące 1929 roku, powtarzały się wizyty komornika, który zabierał wartościowsze przedmioty wyposażenia. Wszystko to doprowadziło do definitywnym zamknięcia „Bachusa” przez władze lokalne i ogłoszenie upadłości spółki. Pisano jednak także, że incydenty, które pośrednio również były powodem zamknięcia restauracji, były „wręcz niewinną rozrywką wobec orgii pijackich”, jakie rozgrywały się w niektórych innych lokalach, czynnych zwłaszcza w dalszych rejonach od centrum miasta.

Restauracja „Polonia”

Restauracja o nazwie „Polonia” powstała „na gruzach Bachusa” prawie natychmiast. Nową spółkę do jej prowadzenia założyli znani już nam przedsiębiorcy: Leonard Kneblewski i Michał Wróblewski. Uroczystość otwarcia nowego lokalu odbyła się 4 maja 1929 roku. Właściciele zapewniali, że ich dewizą będzie dobra kuchnia i przystępne ceny, a lokal miał być „postawiony na stopie europejskiej”. Na początek do obiadów i kolacji przygrywała orkiestra damska. Trzy tygodnie później restauracja dostała zgodę na urządzanie dancingów. Zatrudniono wobec tego kwintet jazz-bandowy grający do tańca. Kierownictwo gwarantowało, iż pobyt w „Polonii” to: miłe bezfrasobliwe spędzenie wieczoru oraz wykwintna kuchnia spełniająca wymagania najwybredniejszych smakoszy o każdej porze. Bufet – to istna wystawa sztuki kulinarnej, złożona z najrozmaitszych zakąsek zimnych i gorących”.

Zarząd kupował sobie w prasie anonsy z pozytywną, lecz anonimową opinią (publikowane były w dziale Nadesłane). „Polonia” według nich miała się w krótkim czasie stać „najmodniejszą i najpopularniejszą restauracją w Wilnie… z dancingami na wzór stołeczny”. Faktem natomiast było, że w czwartki i soboty w restauracji instalowała się ekipa radiowa, aby realizować na żywo audycję z muzyką taneczną zespołów: pierwszego pod dyrekcją Leona Demenki, a następnie Stanisława Osmólskiego. Zaangażowani zostali fordanserzy i fordanserki, zamontowano barwną iluminację. Pełną salę zapewniły później występy piosenkarza-konferansjer Zdzisława Kochańskiego[10] i trzech uroczych tancerek, z których jedna była Czeszką. Program kabaretowy realizowany był przez ekipę z Warszawy.


Trwająca do białego rana pierwsza zabawa sylwestrowa w „Polonii” również zapełniła salę i gabinety do ostatniego miejsca. Kolejny wykupiony tekst do prasy zawierał pean pod adresem zarządu restauracji. Zespół jazzowy S. Osmólskiego wykonywał poważny repertuar koncertowy, jak i modne, frywolne piosenki „brawurowo, iście po amerykańsku”. Grywał wcześniej w pierwszorzędnym lokalu w Poznaniu, a do Wilna został przez szefów „Polonii” wręcz „wyrwany”. Po Kochańskim, gości lokalu bawił Józef Staruszkiewicz. Śpiewał piosenki z niezwykłym humorem. Do szlagierów należały wówczas takie utwory, jak: „Bywa i tak, bywa i tak”, „Abecadło”, Bujać to my, a nie nas”, „Nie pleć głupstw drogi panie”, „Ja spać dziś nie pójdę” czy też „Kieliszek jeden wprzód, a drugi mniejszy trud”.  Tancerki w barwnych kostiumach wykonywały na zmianę tańce własnego układu: wschodnie, bostony, black-bottony, tango i ekscentryczno-charakterystyczne. Wśród tancerek parkietowych wzrok panów przyciągały: złotowłosa Basieńka, czarnooka Mary i ognisto-krwista węgierka Rozsi Nagy. Jak hulać to wyłącznie w „Polonii” i jak przyznawano, dzięki obrotności właścicieli program artystyczny zmieniał się, co miesiąc. Kontraktowani artyści znani byli z występów w największych miastach Polski.

Tancerki występujące w wileńskiej „Polonii” w 1930 roku: po lewej Nelly Ignatowska, po prawej Janina Roliczówna

Chociaż restauracja nadal wydawała obiady i kolacje niektórym klientom na kredyt, aby uniknąć poprzednich błędów, Kneblewski i Wróblewski zaczęli publikować w prasie wezwania do uregulowania rachunków z podaniem nazwisk dłużników. Niektórzy winni byli od 30 do 60 złotych.

Skoro kontraktowano najlepszych na rynku artystów zapewniano, że dancingi i bale sylwestrowe będą również najlepsze. W głównej sali, jako nowość urządzony został „american-bar” z wyszukanymi trunkami i koktajlami alkoholowymi. Karnawałowe bale maskowe przyciągały zabawną formułą, bowiem lokal przygotowywał maski z karykaturami popularnych w Wilnie osobistości. Główna sala mieściła się na parterze i kolejną atrakcją karnawału w 1932 roku, był pokaz jazdy po sali nowiutkim samochodem marki „Citroen”. Po karnawale wprowadzono „Dancing-Czarną kawę”, na którą wstęp plus obowiązkowa konsumpcja (kawa i ciastko) kosztował 2 zł od osoby. Przeprowadzane były też dancingowe konkursy taneczne dla pań – nagrodę-niespodziankę wręczano za największą ilość „przetańczeń” liczoną w jednym miesiącu.

Na okres poświąteczny i zabawę sylwestrową 1931/1932 przygotowany został zdecydowanie „pikantniejszy” program z występami tancerek. Wstęp miały osoby w wieku wyłącznie powyżej 20 lat. Dodatkową atrakcją była loteria z drobnymi upominkami dla pań. Od 1932 roku zarząd wprowadził novum w postaci podzielenia wieczoru na dwie części. Do północy nie było występów i obowiązywały ceny niższe tzw. „niekabaretowe”, po północy zostawało jak dawniej. Była to forma ratowania się przed obniżeniem dochodów spowodowanym kryzysem, a za tym mniejszą ilością gości. Mimo wszystko nadal starano się dotrzymać zasady comiesięcznej zmiany programu artystycznego.

Kryzys robił swoje i właściciele „Polonii” poszukiwali wspólnika, który mógłby poprawić sytuację finansową firmy. Zachęcano ponad dwudziestoletnią ciągłością działalności i pewną, wyrobioną i stałą klientelą. Niezależnie od tego poszukiwane były inne oszczędności. Prasa pisała o „pomysłach kryzysowych Polonii”, które zapożyczane były z restauracji warszawskich. Jednym z nich była „kolacja reklamowa”. W cenie 3,50 zł, był wstęp (z pobytem w lokalu do północy) oraz kolacja złożona z trzech dań i kawy. Drugim zwykła popołudniowa „Czarna kawa” z ciastkiem. Wstęp w godzinach od 17.30 do 21. Pod koniec 1932 roku, reklamowano w końcu obniżenie cen do poziomu restauracji bez kabaretów.

Właściciele „Polonii” pilnowali terminów opłat do Kasy Chorych, ale jak się okazało i tak się zadłużali, gdyż nie regulowali należności za tzw. podatek przemysłowy od działalności. Dług narastał za lata 1929-1932, aż Urząd Skarbowy wysłał komornika. Zabrano z lokalu część wyposażenia i zapas markowego alkoholu. Na licytację trafiło blisko 250 butelek dobrych trunków wartości około 500 złotych. „Zajechał wóz sekwestratorski i w mig ogołocono restaurację z całego zapasu alkoholu” – napisał jeden z dziennikarzy. Sprawa zakończyła się niespodziewanie, gdyż z natychmiastową pomocą „Polonii” pospieszyły inne restauracje. Pożyczony alkohol nie pozwolił na zamknięcie lokalu.

Na początku 1933 w suterenie pod restauracją wznowiono kawiarnię z szyldem „Artystyczna”. Obowiązywały tam „zwykłe ceny kawiarniane” i można było przyjść na poranek muzyczny z „dancingiem”, czyli możliwością tańczenia.  Była to kolejna forma przeciwdziałania skutkom kryzysu gospodarczego. Według opinii jednego z poważnych kupców wileńskich, obroty wileńskich przedsiębiorstw spadły w tym czasie o blisko 50%. Restauracja „Polonia” jak kilka innych firm nie dała rady obciążeniom. „Polonia zrobiła klapę” – pisano. Likwidację ogłoszono na początku czerwca 1933, a plotka głosiła, iż długi wynosiły 60 tysięcy złotych.

Restauracja „Palais de Dance”

Likwidatorem „Polonii” oficjalnie został Leonard Kneblewski, który i tym razem nie chciał, aby lokal pozostał długo niezagospodarowany. W połowie 1934 roku otworzył kolejną odsłonę przybytku gastronomicznego przy Mickiewicza 11. Tym razem restauracja miał nazwę „Palais de Dance”, wcale nie oryginalną, gdyż lokale tak nazwane prawie w każdym większym, polskim mieście, ta także np. w Berlinie.  L. Kneblewski był jedynym właścicielem restauracji.

Chociaż charakter restauracji niczym się nie różnił od poprzednich, klientów zachęcano na początek niższymi cenami. „Five O’Clock’i”, „Cafe-Dancingi”, rewie humoru, barwne tancerki – bywalcy wszystko znaleźć mogli w znanym sobie miejscu. Najpopularniejszy z nocnych lokali znów przyciągał gości.

Niedługo po otwarciu doszło do skandalu, gdy pewien kupiec z Krosna zgłosił na policję fakt pobicia go i ograbienia przez kelnerów. Sprawa rozeszła się ostatecznie nieco bez konsekwencji. Patrole zjawiały się nocami pod restauracją dość często, aby likwidować ekscesy z pijanymi biesiadnikami. Prawdziwa afera wybuchła jednak na przełomie 1934/1935 roku. Okazało się, L. Kneblewski zlecił takie przerobienie instalacji elektrycznej, aby przez dłuższy czas pobierać na szkodę Elektrowni Miejskiej tańszy prąd z taryfy reklamowej, a nie gospodarczej. „Licznikowe fałszerstwo na potrzeby iluminacji lokalu restauracyjnego”, „Palaise de Dance – elektropajęczarzem”, rozpisywała się prasa. Zgrzytem był fakt, że L. Kneblewski od lat wchodził do ścisłego zarządu Stowarzyszenia Właścicieli Zakładów Restauracyjnych, organizacji, która wciąż występowała do władz z różnorodnymi wnioskami. Wiele razy był delegatem wileńskim na ogólnopolskich zjazdach restauratorów.

Fotografia z pochodu Kaziukowego w 1935 roku. W tle budynek przy Mickiewicza 11. W środku (nad głową konia) widoczny szyld restauracji „Palais de Dance”

Sprawa „prądowa” ciągnęła się sądzie przez wiele miesięcy. Zapadł w końcu wyrok skazujący Kneblewskiego na osiem miesięcy więzienia, ale w związku z amnestią zmniejszoną o połowę. Skazany odwołał się od wyroku i prawdopodobnie skończyło się na karze finansowej. Restauracja przez cały czas była czynna. Rok później skargę na policję wniosły fordanserki lokalu za wyzysk. Według skarżących szefostwo restauracji zmuszało je do naciągania gości na poczęstunki, które im następnie odbierano.  Policja wszczęła dochodzenie.

Żadna sprawa nie była jednak w stanie przeszkodzić działalności L. Kneblewskiego. W październiku 1937 roku obchodził uroczystość 10-lecia pracy gastronomiczno-restauracyjnej. Jubilat podkreślał, że chociaż występy artystyczne organizowane w nocnych lokalach, oceniane są przez wiele środowisk krytycznie, on wraz ze Z. Kochańskim dbał, aby produkcje w „Palais de Dance” stały na wysokim poziomie. Oprócz kolejnych artystów, duże zainteresowanie wzbudziło na początku 1938 roku, sprowadzenie do lokalu kobiety jasnowidzki i telepaty. Widzowie w ich przypadku dawali się w łatwy sposób oszukać, jak zauważył jeden z obserwujących.


Zgodnie z deklaracjami składanymi do skarbówki restauracja „Palais de Dance” miała ok. 100 tysięcy złotych rocznego obrotu. Pomimo różnorodnych zwrotów nocny lokal Leonarda Kneblewskiego czynny był do wybuchu wojny. W listopadzie 1939 roku, lokal zajęty został przez litewską firmę „Valgis” SA z Kowna[11], która zainaugurowała działalność swojej filii w Wilnie (biura mieściły się na piętrze). Była restauracja Kneblowskiego stała się pierwszą jadłodajnią, którą docelowo (w 1940 roku) przekształcono w Restaurację-Kawiarnię „Elysium” (ówczesny adres ulica Gedymina 11).

Winiarnia „Pod Okrętem”

Otwierając „Palas de Dance” L. Kneblewski nie zagospodarował sutereny, w której mieściła się przedtem winiarnia. Lokal ten w 1937 roku, wydzierżawili: Władysław Bieliński i Feliks Żebrowski. Po urządzeniu otworzyli winiarnię z rozlewnią win i miodów, Ponadto pakownię herbaty i palarnię kawy pod firmą „Koło Importerów Ziem Wschodnich”. Winiarnia początkowo nazywała się „Staropolską” i zapraszała klientów na świetny wybór win importowanych bezpośrednio z winnic. Na lampki podawane były wina węgierskie, francuskie, znakomity litewski miód pitny i węgrzyn. Dość wysoka cena za butelkę (od 3,50 do 4,25 zł), uzasadniona było ofertą trunków w najlepszym gatunku. Niebawem w niszy nad drzwiami od ulicy Mickiewicza wstawiony został stylowy, metalowy szyld z nową nazwą „Winiarnia-Miodownia” i okrętem. Drugi szyld z takim samym żaglowcem, jako logo był w bramie nad schodami prowadzącymi w dół. Smaczku dodawały staropolskie stroje obsługi, od szatniarza po kelnerów i barmana.

Winiarnia „Pod Okrętem” w rysunkach Feliksa Dangela

Wspólnicy rozstali się po zaledwie kilku miesiącach i lokal prowadził od tej pory tylko F. Żebrowski. Miłe wnętrze zachęcało do przesiadywania, a każda z wypitych lampek wina „wywoływała humor, wzmacniała siły i dawała zdrowie”, jak reklamowano nową reprezentacyjną probiernię. Większość win importowano w beczkach i rozlewane były do butelek na miejscu. Wkrótce w ofercie pojawiły się też inne spirytualia i owocowe wina lokalne, produkowane w: „I Wileńskiej Rozlewni Wina”, Towarzystwie „Narocz” oraz przez „Osmołowskiego”, „Tromszczyńskiego” i „Wenckuna”. Podobno było wśród nich kilka gatunków, których Wilno nie musiało się wstydzić.

Jesienią zarząd przygotował oryginalną atrakcję w postaci nastrojowych koncertów. Czas umilali wirtuozi gitary: Ryszard Serafinowicz, a także grająca na cytrze Ira Galle przybyła z Warszawy, którą zmieniła następnie Amelia Zielińska także ze stolicy. „Winiarnia pod Okrętem” stawała się ulubionym miejscem spotkań. Wino spożywane „pod urokiem czarującej melodii nadsubtelnych tonów cytry” smakowało wyśmienicie.


Kompleks przy Mickiewicza 11 mieścił szereg instytucji oraz kino „Lux”, a osobne wejście prowadziło do szkoły stowarzyszenia "Dziecko Polskie" (prywatna sześcioletnia szkoła powszechna z przedszkolem). Kiedy po południu cichł gwar dziatwy szkolnej wybiegającej po lekcjach do domów, nadchodził wieczór i zaczynał się gwar innego rodzaju. Koncerty odbywały się od popołudnia do drugiej w nocy, a później szef dodał także poranki muzyczne. Do muzyków dołączył drugi gitarzysta/pieśniarz Edward Filipowicz. „Pod Okrętem” bywała wileńska elita i bohema, artyści, urzędnicy, wojskowi i starsza brać studencka. Towarzystwo przychodziło napić się wina i miodu oraz coś zjeść lub nie, wszystko w zależności od upodobań i zasobności portfela.

Lokal w ciekawy sposób reklamował się w prasie. Pojawił się np. taki wierszyk:

„Noe, dziad wszystkich narodów,
Ledwie wyszedł z długich brodów.
Widząc, że ta woda ludziom bardzo wadzi,
Do wina się ima i winnice sadzi!
On był pierwszym rolnikiem
I zasadził winną latorośl,
I pił wiele wina
I żył jeszcze 350 lat”

Albo inne rymy:

„Jakie by człowiek nie obrał ścieżki strome i kręte,
zawsze znajdzie drogę do Winiarni pod Okrętem”

Fotografii wnętrza niestety jak dotąd nigdzie nie widziałem, ale zachowały się rysunki satyryczne, więc po części można sobie wyobrazić ów ciekawy lokal. „Pod Okrętem” przesiadywał dość często Władysław Laudyn, jeden z ważniejszych po braciach Mackiewiczach dziennikarz „Słowa”, a także młody, uzdolniony satyryk Jan Huszcza. Pierwszy z nich pewnego razu w 1938 roku, postanowił spisać rymowane zapiski umieszczane przez bywalców w „Księdze gości”. Dostępna była w winiarni, jak w każdym porządniejszym lokalu. Laudyn napisał, że przeglądał już czwartą księgę z kolei, jaka wyłożona była od początku istnienia lokalu. Niektóre z wybranych przez niego wpisów zamieściłem poniżej, a jest to mocno „charakterna” lektura.

Otóż  to  jest  piękne  hasło:
„Stare  wino  —  firma  młoda”
Oby  hasło  wam  nie  zgasło!
A  broń  Boże  —  w  winie woda!

  (jeden z aktorów wileńskich, krótko po otwarciu winiarni)

Dosyć  tego  „łyku,  łyku“,
Idź  do  domu  basałyku!

  (pewnie jedna ze zniecierpliwionych żon)

Byłam na złość mężowi
  (napisała inna z pań, która miał dość samotnych wypraw męża)

Sprzedawać wino nie na antałki,
lecz na „mikułki”

  (zmianę miarki wina proponował literat, niewątpliwy przyjaciel Anatola Mikułki)

Co się robi z miodem po miodowym miesiącu?
Miód wsiąka w męża i robi się piernik

  (skojarzenie jednej z pań)

O wino, wino, słodkie wino,
Ty darze Dionizosa!
Za twoją boską to przyczyną
Jaśniejsze są niebiosa!
I każdy człek jest jakoś bliższy,
Piękniejszą każda Fela….
I każdy dom jest jakoś wyższy.
Dosyć  tego  „łyku,  łyku“,
Tfu!... Spiłem się jak bela!

  (ewidentnie wpis zawodowego literata)

Jeżeli chcesz spędzić miłe godziny,
Przyjdź do winiarni bez bliższej rodziny.

  (koledze radzili koledzy, aby przychodzić samemu)

Sekcja żeglarska zmienia locum
i urzędować zaczyna nie na okręcie
lecz „pod Okrętem”
 
(zdecydował jeden z członków Sekcji Żeglarskiej wileńskiego AZS’u)

Gra muzyka – cytra jęczy,
Mnie już „katzenjamer” dręczy.

  (odnotował gość po występie pani grającej na cytrze)

Gdy na stole nie ma wina,
Nie pomogą cytry dźwięki,
Nie pomoże i dziewczyna,
Jej uśmiechy i jej wdzięki.

  (wybór między muzyką, dziewczęciem, a winem był oczywisty)

A imia moja „czterdzieści cztery” !
Przestańcie mnie przenosić co ciężkiej cholery

   (aluzja do „wędrującej” po Wilnie makiety pomnika Mickiewicza)

Wino  pije  się  wytwornie,
Wino  pije  się  wybornie,
Wino  pije  się  z  polotem,
Za  wino  płaci  się  złotem.
Przy  winie  człowiek  się  śmieje,
Nie  spostrzega  kiedy  dnieje.
Cudnie  dźwięczą  te  wyrazy..,
Dalszy  ciąg  następnym  razem.
  (wpis rasowego estety, który widocznie był stałym bywalcem „Pod Okrętem”)

Pierwsze miesiące wojny winiarnia jakoś przetrwała. Wiosną 1940 roku, F. Żebrowski planował wzorem klubu nazywanego „Sztrallem Artystów” wprowadzić w swoim lokalu wieczory artystyczno-literackie. Skorzystać w ten sposób z wizyt „braci artystycznej”, znanych pisarzy i poetów (Teodor Bujnicki, Czesław Miłosz, Władysław Laudyn, Anatol Mikułko). Winiarnia działała jednak już tylko do lata 1940 roku, kiedy została znacjonalizowana przez władze sowieckie.

Po prawej stronie widoczny nad bramą szyld Winiarni-Miodowni „Pod Okrętem”, po lewej wejście do kina „Lux” (fotografia najprawdopodobniej z przełomu września i października 1939 roku)

Kamienica przy Mickiewicza 11 (obecnie Gedimino pr. 9), została dość poważne uszkodzona w 1944 roku. W skrzydle od strony Placu Orzeszkowej swoją pracownię i dużą część negatywów stracił Jan Bułhak. Współcześnie kompleks został przebudowany i mieści się w nim „GO9 - prekybos centras”, znana galeria handlowa.

Zniszczony podczas działań wojennych budynek przy ulicy Mickiewicza 11. Nad oknami parteru po prawej stronie widoczny neon „Valgis” (fotografia Jana Bułhaka z 1944 roku)

Restauracja „Dworek Kresowy”

Mało osób zdaje sobie sprawę, że przed wojną zabudowany był narożny fragment placu między Gedimino pr. 9, a Šv. Jurgio skg. (dawniej róg ulic Mickiewicza 11/Śniadeckich 1). Przybudówka początkowo piętrowa, a później dwupiętrowa miała adres Mickiewicza 11a. Tam również mieściła się popularna restauracja. Przez krótki czas od 1919 roku był to lokal pod nazwą „Centralna” prowadzony przez Adama Maciejewskiego. Zniknął jednak szybko z mapy gastronomicznej Wilna i przez szereg mieścił się tam sklep owocowo-mleczarski „Zakopianka” i jedna z piwiarni „Szopena”.

Dopiero w 1937 roku, miejsce wydzierżawione zostało na otwarcie lokalu pod szyldem Kawiarnia-Paszteciarnia Regionalna „Dworek Kresowy”. Dzierżawcą był Czesław Florkowski[12], a nowe przedsiębiorstwo w Wilnie prowadziła jego żona Marta. Wystrój lokalu urządzono w stylu ludowym. Podkreślano z dumą, iż wileńskie kilimy, które pokryły ściany, zamówione zostały w warsztatach wiejskich, podobnie jak lniane serwety na stoły. Roboty stolarskie, proste, jasno bejcowane meble wykonali miejscowi. Okucia drzwiowe i kominkowe również były dziełem rzemieślników wileńskich. Na niewielki lokal składała się sala główna i kilka niewielkich pokoi: winiarnia, piwiarnia, salonik i bufet. Projekt dekoracji wnętrz wykonał artysta/scenograf-dekorator Wiesław Makojnik, pełniący jednocześnie nadzór nad wykonaniem. Od ulicy nad wejście umieszczono misternie kuty w żelazie szyld „Dworek”, pod nim drugi z napisem „Kawiarnia i paszteciarnia”, a obok kuta z żelaza latarnia.  

10 kwietnia, w dniu otwarcia nie było przyjęcia inaugurującego, zamiast którego właściciele przeznaczyli 60 bezpłatnych obiadów dla akademików. Firma gastronomiczna ponadto przez pierwsze trzy miesiące dobrowolnie przeznaczała 1% dochodu na Fundusz Obrony Narodowej.  Wśród opisujących wrażenia z pobytu w "Dworku", był „żagarysta” Alfred Kolator, który we wspomnieniach zanotował: "Stary stylowy dworek, sufit belkowany, ściany wyłożone boazerią z ciemnego drzewa, pod sufitem biegną dookoła półki, a na nich ozdobne talerze i różne naczynia. Meble stylowe, ciemne drzewo [...]". 

„Dworek Kresowy” zaliczał się na początku do restauracji drugiej kategorii z mało licznym personelem. Gości obsługiwały kelnerki o których A. Kolator napisał, że były: "najpiękniejszą chyba ozdobą lokalu. Dorodne piękne panny w strojach ludowych, pasiaste spódniczki, haftowane bluzki, pęki wstążek i wiązki korali na szyi. Panny uśmiechnięte, powabne i godne. Podają jak na prywatnym przyjęciu. Nie czuje się tu restauracji, jest się w gościach u znajomych. Atmosfera gościnnego dworu. [...] Kelnerki rekrutowały się z drobnej szlachty zagrodowej, miały one godny sposób bycia, miały swój styl”.. Lokal oferował tanie obiady złożone, jak pisano ze ściśle kresowych potraw, które reklamowano hasłem „W Dworku jadasz jak u Matki”. Dania firmowe będące specjalnością, przygotowywano ze świeżych produktów dostarczanych z majątku Komarowszczyzna. Ideą firmy było stworzenie rynku zbytu dla produktów wiejskich. Dział winiarski (z wyjątkiem wódki) zaopatrzony był głównie w lokalne trunki.

Gościom „Dworku” przygrywało najpierw radio, a później kameralna muzyka na żywo, m.in. znany zespół bałałajkowy „Jar”. Chcąc udzielić pomocy studentom, na pewien czas zaangażowano też kwartet „Rewellersów Akademików Wileńskich” z jazzowym repertuarem tanecznym. Powodzeniem cieszyły się występy pieśniarki Wandy Jóźwickiej, wykonującej utwory dancingowe.


Budynek przy ulicy Mickiewicza 11a, w którym mieściła się restauracja „Dworek Kresowy” (fotografia z ok. 1935 roku)

Już po kilku miesiącach Marta Florkowska otrzymała z urzędu akcyzowego koncesję na sprzedaż mocniejszych trunków. Trzy razy w tygodniu organizowane były dancingi, na zmianę z wieczorami przy kominku. „Dworek Kresowy” w krótkim czasie cieszył się dużą popularnością, dlatego jesienią trzeba było przebudować lokal, aby przyjmować większą ilość gości. Zachętą dla wilnian było wprowadzenie okresowo w wyznaczonych godzinach tańszych obiadów i kolacji oraz dań „klubowych i kresowych” przy bufecie. Menu obiadowe składało się z minimum dziesięciu dań do wyboru.

Od grudnia 1938 roku wprowadzona został wyjątkowa atrakcja pod nazwą „Wieprzobicie”. Rozrywka wzorowana na tradycji popularnej zwłaszcza w Wielkopolsce. Na oczach gości przygotowywane były potrawy z mięsa świeżo ubitego prosiaka. Kucharze uwijali się jak w ukropie, po czym podawane były: smaczne bułczanki i kaszanki z kotła, golonka po poznańsku, biała kiełbasa z rusztu, peklówka z grochem i kapustą, noga wieprzowa po bawarsku, mięso z kotła z chrzanem oraz wiele innych smakołyków. Tak poszerzone menu zmieniało pierwotny, kresowy charakter restauracji. Potrawy o rodowodzie wielkopolskim i śląskim dla wielu klientów były nowością. Miód i wino lub piwo grodziskie dopełniało podniebienie smakoszy.

Kuchnię prowadzili zawodowi kuchmistrze. Bufet barowy z gorącymi i zimnymi zakąskami był dobrze zaopatrzony, z pasztecikami z różnym nadzieniem. Do wieczornej oferty doszły wkrótce potrawy z drobiu: kuropatwa z modrą kapustą, bażant młody z borówkami, zając w śmietanie, gęś, kaczka i indyk. 

„Dworek Kresowy” dotrwał do wybuchu wojny, a następnie został znacjonalizowany. W okresie okupacji niemieckiej znów był lokalem dzierżawionym przez osobę prywatną. Otwarta na nowo restauracja nosiła nazwę Cafe-Restauracja „Salve”. Czynna była od 9 rano do 21 wieczorem, oferując śniadania, obiady i kolacje, piwo i koktajle alkoholowe. W menu na stałe były kołduny. Okresowo grywał zespół jazzowy.


Budynek, w którym mieściła się restauracja „Dworek Kresowy” (fotografia z ok. 1948 roku) i po prawej to samo miejsce współcześnie (google street view)

Budynek przy ulicy Mickiewicza 11a, został zburzony w latach pięćdziesiątych, chociaż bezpośrednio po wojnie w 1944 roku, nie był zbytnio zniszczony i nawet go wyremontowano.  

 
cdn
 

[1] Na temat restauracji „Łazar” więcej informacji podane będzie w kolejnej części artykułu.
[2] Pochowany został na cmentarzu Bernardyńskim.
[3] Jan Widtmann prowadził własne atelier w domu przy Zaułku Białym 10. Oferował swoje usługi w malowaniu artystycznym mieszkań, kościołów i innych gmachów. W połowie lat trzydziestych otworzył sklep „Tęcza” przy ulicy Kalwaryjskiej z artykułami domowego użytku oraz do remontów mieszkań (farby, lakiery, pokost i pędzle).
[4] Ryszard Łodziński (syn Leona) skupiony był na prowadzeniu z powodzeniem firmy preparowania i wypychania zwierząt łownych. W 1937 roku połączył siły przystępując do spółki z Wacławem Szczurskim, dotychczasowym konkurentem w branży.
[5] Kapitał zakładowy spółki wynosił 30 tysięcy złotych.
[6] J. Żelazowski był wcześniej udziałowcem w restauracji „Zacisze”, a później wszedł jeszcze do spółki restauracji „Staro-Wileńskiej”.
[7] M. Dauksza przeszedł do „Ziemiańskiej” ze zlikwidowanej restauracji „Zakopianka”.
[8] Stanisław Kusek pracował w restauracji „Myśliwskiej” i pozostał, gdy utworzono „Ziemiańską”.
[9] M. Wróblewski prowadził jeszcze drugą restaurację przy ulicy Ostrobramskiej 10.
[10] Z. Kochański związał się zawodowo z L. Kneblewskim, zostając kierownikiem artystycznym w jego restauracjach.
[11]
Spółka akcyjna „Valgis” założona została w 1938 roku. Po objęciu wielu lokali w Wilnie, jako Centrala Restauracji zarządzała nimi do 1944 roku.
[12] Czesław Florkowski, ziemianin z Konstantynowa k. Święcian, administrator dóbr Komarowszczyzna. Prowadząc różnorodną działalność, m.in. uruchomił w drugiej połowie lat trzydziestych, popularne letniska Romanowszczyźnie i Komarowszczyźnie.