Nigdy nie odstawię roweru do lamusa


Fot. archiwum Katarzyny Sosny
O sporcie, zawodowym życiu i planach na przyszłość rozmawiam z naszą rodaczką Katarzyną Sosną – najlepszą kolarką górską, wielokrotną mistrzynią Litwy w maratonie MTB.








Kiedy do niej dzwonię, aby umówić się na rozmowę, zastaję ją w Niemczech, gdzie przygotowuje się do Black Forest Ultra Bike Marathon, zawodów, które odbędą się w najbliższą niedzielę w Kirchzarten. Jest to trasa 118 km na wysokości 3550 m n.p.m. Wyobrażam sobie, jak trudne mogą być treningi, kiedy temperatury sięgają 30 i więcej stopni Celsjusza (czego doświadczamy teraz niemal w całej Europie), jak trudny jest to sport w ogóle i jakim wysiłkiem zdobywa się medale. A Katarzyna ma ich wiele.

Które zawody cenisz sobie najbardziej?

To były mistrzostwa Europy w 2015 r. Tam w maratonie zajęłam 3. miejsce. W 2021 r. zwyciężyłam najtrudniejsze i najpiękniejsze zawody w Europie „Hero Dolomites”. To było moje najpiękniejsze zwycięstwo. I tak ciągle coś zdobywam, w tym roku już mam siedem zwycięstw.

Od 2015 r. reprezentuję włoską ekipę Torpado Factory Team. Kierownikiem zespołu jest Sandro Lazzarin, historyczny niemal pracownik firmy, który jest ceniony w branży i ma wiedzę o prowadzeniu drużyny. Kalendarz jest bardzo napięty, zawodów jest bardzo dużo, będziemy startować nie tylko w zawodach niższej rangi, także w etapach Pucharu Świata, a także w europejskim i światowym maratonie.

To robi wrażenie. A jak się zaczęła twoja przygoda ze sportem? Czy jako dziewczynka lubiłaś rower?

Chociaż urodziłam się w górzystym Antokolu, we wsi Pilimiele, to jako mała dziewczynka nie miałam specjalnie zapału sportowego i nie mogę powiedzieć, że z rowerem byłam za pan brat.

Wszystko się zmieniło, gdy moje Gimnazjum im. św. Jana Bosko w Jałówce odwiedziła pani Valentina Toguzajeva-Pokladok, aby zaprosić zainteresowanych na treningi rowerowe. Na początku wszystkie dziewczynki z klasy były bardzo zaciekawione, ja mniej. W ogóle to wychowanie fizyczne jako przedmiot w szkole traktowałam bardzo ulgowo, byłam nawet zwolniona przez lekarza. Miałam problemy z sercem. Mój puls był bardzo wysoki, serduszko nie nadążało pracować w takim szybkim tempie, często brakowało mi powietrza i mdlałam. Jednak zajęcia, które prowadziła z nami pani Valentina, a która stała się też później moją trenerką, bardzo mnie zainteresowały i spodobały mi się.

Lekarz rodzinny, co prawda, zabronił mi uprawiania tego forsownego sportu, ale lekarz sportowy nie patrzył na to tak sceptycznie, tylko kazał sprawdzać częściej moje serce. W końcu wszystko dobrze się skończyło i gdyby nie mój trener, Gedyminas Kastanauskas, pewnie dziś nie byłabym zawodowym sportowcem. To jemu bardzo dziękuję za to, że podszedł do mnie indywidualnie, nie dawał ciężkich i trudnych treningów, zawsze miał na uwadze mój puls serca i upominał mnie, abym nie przekraczała 145 uderzeń na minutę. Tak więc moje serce trenowało razem z moim ciałem. I po zimie, już na początku sezonu, były widoczne rezultaty. To mnie bardzo zmotywowało, aby iść do przodu.

I dziś jesteś zawodową kolarką. Czy wielogodzinne treningi, przygotowania do zawodów pozostawiają czas na inne prace? Czy zastanawiałaś się, kim byłabyś, gdyby nie rower?

Jestem kolarką. Dziś jestem skupiona tylko na tym, co robię i lubię robić. Miałam możliwość pracy w biurze przez jakiś czas, stałe godziny przy biurku, ale to nie dla mnie. Stabilna praca i może na długie lata, lecz nie dawałaby mi ona żadnej satysfakcji. Wolę być kolarką, kolarką górską. I nigdy nie miałam takich myśli, kim byłabym, gdyby nie rower. Chociaż życie sportowca nie jest tak piękne i kolorowe, jak wygląda na zewnątrz. Owszem, robimy to, co kochamy, wygrywamy zawody, zarabiamy pieniądze, ale druga strona medalu jest taka, że to masa wyrzeczeń i życie, w którym nie ma miejsca na nic innego poza treningami. Ja mam tak, że jeśli mam jakąś przerwę i zakotwiczę w domu, to szybko mam dosyć i znowu zaczyna mnie nosić.


Fot. archiwum Katarzyny Sosny

Czym dla Ciebie jest rower?

Rower to szczęście. Czuję się na nim, że jestem na właściwym miejscu. Jestem bardzo szczęśliwa, gdy na niego wsiadam, bo uruchamiają się we mnie endorfiny, które sprawiają, że wszelkie życiowe problemy znikają. To także kontakt z naturą, którego dziś dosyć mocno nam wszystkim brakuje. Do tego rower to porządna dawka ruchu, niesamowita, chociaż forsowna frajda, gdzie można pokonywać zarówno trudności techniczne, jak i swoje własne ograniczenia. Kolarstwo górskie jest fascynujące.

W 2022 r. chciałam uczestniczyć w zawodach cross country, ale to nie było dla mnie. Dyscyplina cross country jest bardzo techniczna i zacząć ją w dojrzałym wieku jest trudno. Poza tym nie czułam się tam dobrze. Zrezygnowałam więc i wróciłam do maratonu, w którym czuję się jak ryba w wodzie.

Rowery są wspaniałym środkiem rekreacyjnym dla wielu, ale zawodowe kolarstwo górskie to ciężka dyscyplina, szczególnie dla kobiety. Kobietom w sporcie nie jest łatwo.

Tak. Nie jest to łatwa dyscyplina, a kobietom jest jeszcze trudniej. Jak byłam młodsza, tego tak nie odczuwałam, ale z biegiem lat jest trudniej. Poza tym u każdej z nas, młodych kobiet, są dni niedyspozycji i trudno jest o pełną formę. A jeżeli są akurat w te dni zawody, to można z góry powiedzieć, że są to zawody nieudane. Trudno jest, gdy dotykają nas różne kobiece niemoce.

Ale ja uważam, że kobieta w sporcie i tak jest mocniejsza psychicznie od mężczyzny. Lepiej znosi bóle, niedogodności na trasie. Wiadomo, fizycznie jesteśmy słabsze, więc kiedy startujemy razem z mężczyznami na mistrzostwach Europy czy świata, to dystanse ustalane są inaczej, dla kobiet np. 80 km, a dla mężczyzn 100 czy 110 km.

Kobiecość kojarzona jest z powabnością, zmysłowością, delikatnością. Ta definicja nie ma odzwierciedlenia w kolarstwie górskim. Na pewno nie jest to sport dla „księżniczek”.

Od kiedy rozpoczęłam swoją przygodę z rowerem, nieraz słyszałam, że kolarstwo górskie nie jest kobiecą dyscypliną sportu. Czy tak jest? Myślę, że są dyscypliny, które można uważać za mniej kobiece niż jazda na rowerze. Jednak patrząc z perspektywy osoby, która uprawia kolarstwo górskie, trzeba przyznać, że są sytuacje, które niekoniecznie „przystają” kobiecie. Jazda w błocie, zwłaszcza na maratonach, może być mało przyjemna. Rozmoczona ziemia, która jest praktycznie wszędzie, w oczach, ustach, nosie, uszach, i utrudnia jazdę, może odstręczać od uprawiania tego sportu. Innym przykładem może być jazda w terenie. Tam znów są korzenie, kamienie, strome zjazdy. Do takich rzeczy trzeba mieć zacięcie, być zdeterminowaną i zdecydowaną oraz przełamywać swoje lęki. Kobiety kojarzą się z delikatnymi istotami, które są słabe. Jednak niektóre z nas lepiej radzą sobie na takich trasach niż niejeden mężczyzna. I mimo takich przeciwności kobiety jeżdżą na rowerach górskich.

Kiedyś przez pięć lat jeździłam jako kolarka szosowa, ale zrezygnowałam, bo mnie to męczyło, to ciągłe patrzenie w szosę, brakowało mi tych pięknych górskich tras, pełnych zieleni, aby być sam na sam ze sobą i naturą. Mnie to właśnie fascynuje, to odkrywanie. Pamiętam moje początki, jak trener w Nowej Wilejce dał mi rower i zaczęłam jeździć po okolicy i odkrywać każdego dnia coś nowego, jakieś ścieżki, gdzie nigdy nie byłam i nie pomyślałabym nawet, żeby tam jeździć. A tam było tak pięknie… I wtedy, myślę, pokochałam kolarstwo górskie.


Fot. archiwum Katarzyny Sosny

Malownicze górskie trasy, mordercze podjazdy i wysokie ciśnienie to nie wszystko, z czym wiążą się zawody w kolarstwie górskim. To też niezdrowa rywalizacja.

Tak. Wszechobecny doping jest plagą w dzisiejszym sporcie. I dla takich zawodników jak ja czy innych, którzy cenią sobie uczciwą rywalizację, to jest wstyd. I ogromne rozżalenie, gdy wiemy, że ktoś w taki nieuczciwy sposób zdobywa medale. Gdy widzi się na zawodach zawodniczkę, która jakby dostawała skrzydeł w dążeniu do mety, podczas gdy my wiemy, że to jest niemożliwe, że nie może mieć takiej formy, bo wiemy, jak ciało pracuje po przejechaniu tylu kilometrów. To się musi zmienić, bo inaczej sport zawodowy przestanie być szanowany i podziwiany.

Jak dziś wyglądają treningi kolarza górskiego?

Trenować musimy ciągle, przez cały rok. Chociaż treningi są inne latem, a inne zimą. Latem jest o wiele raźniej i ciekawiej. Zima dla sportowca jest cięższa. W zimie nie ma zawodów, tylko się przygotowujemy w salach treningowych. Dawniej się jeździło po zaśnieżonych i oblodzonych często drogach, ale to nie było dobre. Nasz trener na Litwie, pamiętam, zorganizował takie rolki, do których wstawiało się swój rower i kręciło godzinami, utrzymując równowagę. Teraz są nowoczesne technologie. Do tego skomputeryzowanego systemu podłącza się też swój rower i nie trzeba się już martwić o utrzymanie równowagi. Można się dołączyć wirtualnie do innego zawodnika z innego państwa, można trenować z koleżanką. To jest bardzo ciekawe i nie nudzi.

Latem natomiast jest ciekawiej, piękne miejsca, widoki, którymi na treningach można się zachwycić. Na zawodach już nie zwracamy na to uwagi, jest pełna koncentracja, bo wystarczy jedna sekunda nieuwagi i tracisz kontrolę nad rowerem. Nawet nie słyszymy, co kibice krzyczą, jesteśmy w swoim świecie.

A który kraj ma najlepsze i najpiękniejsze trasy? Gdzie lubisz trenować?

Nie bez powodu mieszkam od 13 lat we Włoszech. Włochy są piękne i Włosi mają do zaoferowania największy wybór tras. O tym kraju marzyłam jeszcze wtedy, kiedy trenowałam na Litwie. Były wśród nas dziewczyny, które trenowały we włoskich ekipach i wzdychały, jak tam pięknie, jacy trenerzy, masażysta, mechanik, który za ciebie wszystko przygotuje, ty tylko musisz jechać na zawodach, skupić się na tym, co dla ciebie ważne.

Podczas treningów na Litwie zauważył mnie Włoch, mąż mojej koleżanki, Rasy Leleivytė. I powiedział: „W przyszłym roku będziesz już we Włoszech”. Zaczęłam intensywnie uczyć się włoskiego. Po roku pojechałam na zgrupowanie, gdzie akurat tworzyła się drużyna, spodobałam się im i zostałam. Od lat jestem w tej samej ekipie, Torpado Factory Team, gdzie panuje dobra, koleżeńska, niemal rodzinna atmosfera. Spotkałam tam ludzi, którzy zawsze chcieli mojego dobra, nie wykorzystywali do jakichś innych interesów, co się często w sporcie zdarza. Panują u nas zasady fair play: uczciwa i czysta rywalizacja, szacunek dla przeciwnika, umiejętność godnego świętowania własnych sukcesów, ale też honorowe znoszenie porażek.

A jak życie prywatne?

Tak się szczęśliwie złożyło, że do Włoch dojechał mój chłopak Dominikas, który został moim mechanikiem w drużynie. Nie byłam więc sama, miałam przy sobie osobę mi bliską i razem też żyliśmy sportem. A na Litwę, niestety, nie zaglądam za często, nie tak, jak bym chciała, bo ciągle treningi, zawody i inne zobowiązania. Jeśli już, to jechałam na krótko zimą, kiedy nie było zawodów i w treningach można było pofolgować. Ale zawsze tęskniłam za wiosną na Litwie. I złapałam tę wiosnę w 2020 r., było to podczas pandemii. Wiadomo, jakie wtedy były ograniczenia, i ja mogłam pojechać do domu na dłużej. Przyleciałam 1 kwietnia tego pandemicznego roku i byłam całe trzy miesiące. Także w tym całym nieszczęściu covidowym było dla mnie wielkie szczęście. Mogłam na żywo wreszcie spotykać się z moją przyjaciółką Sabiną Bruzewicz, no i z rodziną. Dom rodzinny jest dla mnie ważny, to w nim ładuję pozytywne baterie, które we Włoszech często wysiadają.

Czynną zawodniczką w takim sporcie nie można być w nieskończoność. Czy przewidujesz, że kiedyś zejdziesz z roweru? Jakie masz plany na przyszłość?

Nie wydaje mi się, abym kiedyś odstawiła rower do lamusa. Uwielbiam go w każdym wydaniu. Kiedy skończę się ścigać, to nadal będę jeździła, choćby rekreacyjnie. Ale też mam nadzieję mieć z nim kontakt w inny sposób. Jeśli nic się nie zmieni, to myślę, że zostanę we Włoszech jeszcze jakiś rok, może dwa, a później wracamy na Litwę.

Chciałabym założyć rodzinę i pomyśleć już o spokojniejszym życiu, nie być w ciągłym reżimie, jaki jest związany z profesjonalnym sportem. I nie chcę już być nieustannie w podróży. Na pewno jednak nie rozstanę się z moim ukochanym rowerem. Moim marzeniem jest trenować dzieci i młodzież. Ukończyłam na Litwie Uniwersytet Edukologiczny, kierunek wychowanie fizyczne, i mam ku temu predyspozycje, ale też doświadczenie, no i serce do sportu. Może założę jakąś szkółkę rowerową.

Wracam często myślami do moich początków, wspominając moją pierwszą trenerkę, cudowną panią Valentinę, która umiała wskrzesić w nas tę sportową iskrę. I ja chcę iść tą drogą, docierać do młodych, zarażać aktywnością i wyszukiwać talenty. Bo takowe są w naszych dzieciach, tylko one często nie zdają sobie z nich sprawy, tak jak ja przed laty.

Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 29 (84) 22-28/07/2023